|
XII. Śmierć ze zmęczenia (starości)
Gustaw Danielewicz 1909-1984
Na samym końcu alei, tam gdzie za cmentarnym murem, las schodzi łagodną skarpą ku rynnie, której dnem toczy swe jastre wody potok, i w cieniu konarów starego dębu, na poły już uschniętego, jest skromny i mały grób. Spiżowa postać anioła czuwa nad spokojem tego miejsca wspierając się na kamiennej czarnej tablicy, gdzie złoconymi literami nazwana została osoba, której prochy tu spoczęły. Nikt nie pamiętał, gdzie Gustaw urodził się. Jego matka zjawiła się na dworze w Rogainen już z małym trzyletnim brzdącem przy boku. Przyszła do majątku gdzieś zza rosyjskiej granicy, gdzieś spod Suwałk czy Raczek. Miała na imię Bronisława i dwadzieścia kilka lat na karku. Przyjęli ją do pracy w kuchni i pralni. O ojcu dziecka nigdy nie mówiła nikomu, nawet synowi, gdy był już starszy, ani gdy czuwał w jej ostatnich chwilach przy łóżku w dworskiej oficynie. Przeziębiła się zimą i dostała zapalenia płuc. Miał wtedy czternaście lat. Dziedziczka pochowała ją w Engern. Ten cmentarz już nie istnieje. Nie miał tyle szczęścia, co ten nad Przeroślą i gdy Engern nowe władze przemianowały na Pluszkiejmy, wraz z tamtą niemiecką nazwą, skończyła się racja bytu owej ewangelickiej nekropolii. Po pogrzebie nie umiał się odnaleźć. Pozostał na świecie sam i nawet kiedyś przestało mu się chcieć żyć. Następnego dnia pobiegł na Słupową Górę. Biegł długo, bez odpoczynku, ciągle pod górę. Zatrzymał się dopiero na szczycie. Stał przed bezkresem pięknych wzgórz, rozrzuconych po cały horyzont. Młody zielony las Puszczy pokrywał je od wierzchołków po podnóża. Gdzieniegdzie tylko w ich wypukłe ciała wżerały się uprawne pola i ludzkie siedliska, z których wątłym strumieniem ku niebu uchodziły siwe dymy. Widział białe zabudowania swego dworu, granatową taflę Czarnego i smukłą wieżę kościoła w Dubeningken. Nad tym wszystkim przejrzyście błękitniało mazurskie niebo. Z wysoka spadały promienie słońca. A w dole, pod jego stopami, ukryte w poły w trawy, rokicia i las bełkotały niewyraźnie i niestrudzenie bystre strumienie. Jak mocno na Słupowej Górze pachniało rutą i piołunem. Jak bardzo chciało się żyć. Później nie był na Słupowej Górze równe sześćdziesiąt lat. Poszedł tam z wnukiem. Szedł wolno podpierając się drewnianą laską i trzymając się kurczowo chłopca. Każdy krok był stąpnięciem pamięcią w przeszłość, ku przemijaniu, które niegdyś wypełniało się tak szybko, a teraz jakby na złość nie chciało być tym, czym je ochrzczono. Każdy krok przynosił jakieś wspomnienia, każde mijane miejsce wiązało się z czymś mniej lub bardziej ważnym, każde drzewo, każdy przydrożny kamień, i krzyż, i budynek, i człowiek zdejmujący czapkę na powitanie. I wszystko to męczyło Gustawa. Opowiedział mu w drodze jak po śmierci matki dostał w dworze posadę koniuszego w stajni. I jak później, gdy umarł na suchoty stary stangret Jeschke, zajął jego miejsce. Jak woził państwa na mszę do Dubeningken, do Scharnen nad jezioro w upalne letnie popołudnia, na jesienne przejażdżki do Puszczy i zimą saniami z sąsiedzkimi wizytami do Forsthausen i Gelweisen. Do miejsc, które nadal były, ale które jednak dostały nowe nazwy, które jednak się zmieniły, bo straciły swoich ludzi. Teraz dopiero odważył się wyznać wnukowi, że w wojnę poszedł walczyć za Rzeszę, w mundurze Wehrmachtu, ze swastykami na emblematach. O tym jak walczył na froncie zachodnim, w Belgii i Francji, i jak trafił potem do amerykańskiej niewoli w Normandii. Jak bardzo zmęczyła go ta wojna i jak myślał, że nie będzie umiał poradzić sobie po niej żyć. Jak każdej nocy przed oczami miał niezliczone masy ludzkich trupów, płonące miasta od gradu bombardowań, bezkres spalonej ziemi, która nie miała prawa już niczego z siebie zrodzić. A w dzień jenieckie upokorzenia i upodlenie na siłę. Jak męczyło go oczekiwanie na wolność, na powrót do spokojnego Rogainen. I cały czas ta myśl, że tam musiało być inaczej, tak samo jak kiedyś, gdy z dworskiego komina unosił się nad wzgórza i las Puszczy białoszary dym, gdy w kuchni w kotle dla służby gotowały się kartacze i gdy powietrze wokół wypełniana woń ruty i piołunu. „Tam nie mogła dojść wojna.” – usilnie wierzył. Jak trudny był powrót, kiedy zastał pusty opuszczony dwór, nie sprzątnięte zboża z pól, ograbiony majątek, wyrżnięty inwentarz, zupełny brak znajomych ludzi. I całą tą niepewność, co będzie dalej, gdy nastała Polska. Jak trudno było oswoić się z nowym i jak znowu zmęczeniu nie było końca. I gdy przybyli nowi osadnicy zza dawnej polskiej granicy, i między nich rozdzielano opuszczone domostwa. Jak wszyscy zaczęli oswajać się z nową rzeczywistością, jak ci nowi i ci tutejsi zrastać zaczęli się w jedną społeczność, jedną wspólnotę. Wtedy przeniósł się ze zgliszcz dworu w Rogajnach do poniemieckiego domu w Zawiszynie. Przyznał się także, że szabrował, bo wiedział, gdzie szukać. Był przecież stąd i znał tych, którzy inaczej niż on wybrali ucieczkę w pogoni za ojczyzną. I opowiedział mu, jak poznał swoją żonę. Zatrzymał się na chwilę i ze skrętu z gołdapskiej szosy zapatrzył się w kierunku rogajneńskich pól. W ciszy i skupiony przywoływał tamte chwile. Poznał ją na miejscu po cmentarzu. Chciał odnaleźć grób matki. Nie znalazł. Sowieckie czołgi rozjeździły groby niczym grudy na zmarzniętym polu. Zamiast nich spotkał młodszą o szesnaście lat dziewczynę. Rwała dziki szczaw do wiklinowego koszyka. Wykrzyczał jej brak szacunku dla zmarłych. Potem została jego żoną i urodziła mu córkę. Miał wtedy trzydzieści osiem lat i po raz pierwszy poczuł się staro. Nie cieszył się nią długo. Zmarła, gdy córka miała dziesięć lat. W Puszczy ukąsiła ją żmija. Jad zatruł jej krew i serce stanęło. Został sam z małą dziewczynką. Szybko przyzwyczaił się do nowej rzeczywistości. I życie później na nowo toczyło się zwyczajnie i monotonnie, jak przed odejściem żony. W dzień praca przy nastawniach na kolei w Gołdapi, codzienne dojazdy i powroty, popołudnia przy wódce w gospodzie, wieczory w domu jałowe i puste, niekiedy, gdy zmęczenie pozornie ustawało, urozmaicane zabawami z córką, bezsenne noce i ciężkie poranki, pracowite niedziele po sumach w kościele Świętego Andrzeja Boboli. I tak dzień w dzień, tydzień w tydzień, miesiąc w miesiąc i rok w rok, bez początku i bez końca, jak w przeklętym kręgu obłędu codziennością. Życie umykało nie wiadomo jak, nie wiadomo kiedy, nie wiadomo dokąd ponaglane nieustającym biegiem czasu. Jedno co odczuwał, czego świadomość miał w sobie nieustannie i bezsprzecznie, to bezwzględne zmęczenie. I nic nie zmieniało się, nic nie wskazywało na to, że cokolwiek może potoczyć się inaczej. Cokolwiek zdarzało się nowego w jego życiu, szybko stygło z tej świeżości, gasło i stawało się szare, puste i codzienne. Zwłaszcza od momentu gdy został sam, gdy jedyna córka wyjechała się uczyć i nigdy nie wróciła już do Zawiszyna na stałe. Pusty dom stał się synonimem pustego życia, samotność codziennością, zmęczenie poczuciem własnego istnienia. Życie wyzbywało się sensu, coraz mniej go bawiło, coraz mniej sprawiało radości, coraz mniej niosło zadowolenia. Dręczyło i stawało się nie do zniesienia. I doszli na wzniesienie Słupowej Góry. Przystanął wsparty na lasce. Wodził oczyma po horyzoncie. Przed nim roztaczał się ten sam widok, co przed sześćdziesięciu laty. Ten sam, a jednak inny. Stał przed bezkresem pięknych wzgórz, rozrzuconych po sam horyzont. Wiecznie młody zielony las Puszczy pokrywał je od wierzchołków po podnóża. Gdzieniegdzie tylko w ich wypukłe ciała wżerały się smutne uprawne odłogi i ludzkie siedliska, z których kominów ku niebu nie uchodziły już strużki dymów. Nad tym wszystkim przejrzyście błękitniało mazurskie niebo. Z wysoka spadały promienie słońca. A w dole, pod jego stopami, ukryte w poły w trawy, zagajniki i las bełkotały niewyraźnie i niestrudzenie bystre strumienie. Jak mocno znów pachniało rutą i piołunem. Jak bardzo czuło się zmęczenie. Świat wokół pozostał niezmieniony. Człowiek stał się innym człowiekiem. Wszystko na przestrzeni jednego życia. Nazajutrz nad dom w Zawiszynie nadleciała śmierć. Machnęła chłodnym szerokim skrzydłem. I stał się koniec. Jak wiele można dokonać i jak niewiele efektów jest widocznych. Jak trudno odróżnić, jaki właściwie w każdym z nas, gdy odejdziemy, tlił się za życia płomień. Męczyć się można inaczej. Wyrazem zmęczenia jest starość. Śmierć ze zmęczenia to ucieczka ku wytchnieniu.
|