|
XI. Śmierć z poświęcenia
Ireneusz Urbanowicz 1958-1995
Zanim odnalazłem grób, zanim pochyliłem się w geście pamięci nad nim, przyszedł mi na myśl mały chłopiec, żyjący z dala od tego miejsca, w wielkim mieście, w małym mieszkaniu w parterowej przybudówce. Zwyczajne wesołe i mądre dziecko o ciemnych włosach. Obiecałem sobie wtedy i tam właśnie, że zawsze, kiedykolwiek ów dzieciak będzie potrzebował czegokolwiek, uczynię wszystko i poświęcę wszystko bez względu na wszystko, by tylko mu pomóc. Niech Bóg da mi tylko wówczas tyle siły i odwagi, którą obdarzył Ireneusza Urbanowicza z Żabojadów. Na jego nagrobek z lastrykowej płyty często przychodzi chłopiec o takich samych ciemnych włosach, tylko nieco starszy od mojego „podopiecznego”. Zapala znicz, światełko nadziei i symbol wieczności. Przychodzi na grób obcego człowieka. Przychodzi sam z gromadką psów. Pamięta. Irek nie miał nigdy rodziny. Zanim się jeszcze urodził ojciec zapił się na śmierć metanolem wykradzionym z kolejowej cysterny. W chwilach wolnych od zamroczeń zdołał spłodzić ósemkę dzieci. Matka też nigdy nie stroniła od kieliszka. Piła bez względu na to czy nosiła w sobie kolejne dziecko, czy nie. Z siódemki, jaką urodziła przez Irkiem, poród przeżyło czworo. Reszta, truta alkoholem, okazała za słaba. Gdy urodził się, ona znalazła sobie nowego konkubenta. Takiego samego pijaka jak ona, kompana do całonocnych libacji i całodniowych trzeźwień. Dziećmi nie zajmowała się prawie wcale, rosły same pozbawione miłości, pozbawione złudzeń, że cokolwiek się w tym względzie zmieni. Potem wyjechała z nim w świat szukać lepszego życia. Zabrała ze sobą wszystkie młodsze od Irka swoje dzieci. Nie odezwała się od tej pory. Na początku mieszkał ze starszymi braćmi. Jedna siostra już dawno uciekła z wopistą do Warszawy, druga wyszła za mąż za hurtownika z Olecka. Potem odeszli bracia. Starszy zapił się na śmierć na przepustce w wojsku, młodszy z kolegami wyjechał do Niemiec, kiedy otworzyły się granice. Został sam. Nikt tu już nie powrócił, nikogo z nich już nigdy nie zobaczył. Czasem, zwłaszcza gdy brakowało na wódkę, a kompani od butelki nie za chętnie chcieli mu stawiać na krzywy ryj, zastanawiał się, dlaczego i on nie ruszył w świat. Szukał w myślach i szukał w sercu; nie było tam niczego, co by go tu trzymało. Podejmował wtedy decyzję, że następnego dnia ruszy na poszukiwanie szczęścia. Nie lądował dalej niż na odwyku z kolejnym wszytym pod skórę esperalem. Pracy nie miał, utrzymywał się z dorywczych zajęć. Kobiety go nie chciały, choć mężczyzną był przystojnym. Żadna nie chciała zadawać się z prostakiem, za jakiego uchodził. Niekiedy tylko udało mu się posmakować kobiecej cielesności, gdy któraś mocniej wstawiona ulegała jego wdziękowi, albo gdy mając trochę gotówki jeździł do burdelu w Gołdapi, gdzie rosyjskie dziwki za niedużą stawkę dawały poczuć się mu facetem. Zawsze potem szedł do baru i upijał się tanią wódką. Potem do południa trzeźwiał w przydrożnym rowie gdzieś za miastem i na wieczór dochodził do swojego domu w Żabojadach, chyba ze wcześniej znajomi w Dubeninkach zaciągali go jeszcze na piwo, tanie wino lub ohydny bimber. Kiedyś, gdy otrzeźwiał po nocnym tankowaniu, przez okno zobaczył małego chłopca. Bawił się ze ślepymi jeszcze szczeniakami w starym wiklinowym koszu pod obórką. Widocznie suka oszczeniła się w nocy. Wziął stary lniany worek, kawałek sznurka od snopowiązałki i wyszedł na zewnątrz. „Możesz, Kamil, wybrać sobie jednego.” – powiedział. - „Być może ocalisz mu życie.” „Najładniejszy jest ten cały czarny. Wygląda zupełnie jak mała czarna owieczka.” – wskazał ręką chłopiec. „Więc zostawię ci tego.” „A co się stanie z pozostałymi?” – zainteresował się. „Resztę włożę do worka, dołożę kilka polnych kamieni, zawiążę sznurkiem i pójdę utopić w Przerośli. Na co mi tyle psów.” „A mogę zabrać sobie je wszystkie?” „Jeżeli rodzice ci pozwolą...” „Pozwolą. Pozwalają mi na wszystko, odkąd jestem chory. Oni wiedzą, że niedługo umrę, tylko myślą, że ja nic nie wiem. Ale ja podsłuchałem lekarza, jak z nimi rozmawiał i wiem, że mam chore serduszko. Więc skoro ja nie mogę żyć, niech one mogą.” Tego wieczora nie mógł pić. Wódka dziwnie i po raz pierwszy w życiu nie chciała przejść mu przez gardło. Dławiła, była mdła, niedobra. A w myślach jak na złość wzruszało go wspomnienie małego sąsiadów, jego choroba i perspektywa śmierci. Następnego dnia poszedł do gospody do miasteczka. Wypił tylko jeden kieliszek czystej. Od barmanki dowiedział się wszystkiego. Kamil miał poważną wadę serca, zostało mu góra kilka lat życia, konieczna była kosztowna operacja, na którą Kalwajtisów stać nie było, a potem długotrwałe i drogie leczenie oraz rehabilitacja. Niegdyś zawsze po pijanemu darł z nimi koty o byle co; teraz zrobiło mu się żal. Od momentu rozmowy z chłopcem coś drgnęło w nim, coś się wywróciło. W jakiś dziwny sposób poczuł potrzebę pomocy swojemu małemu sąsiadowi. Rano u weterynarza Czernika zaszczepił wszystkie szczeniaki i przyniósł pod drzwi chłopca. Przestał się upijać. Jedno piwo lub czasem setka gorzkiej dziennie to było wszystko. Pieniądze zaczął składać pod siennikiem w łóżku, bo bank odmówił otwarcia mu rachunku. Nawet nie podali powodu. Ponoć nie mieli takiego obowiązku. Co miesiąc uciułaną sumę zanosił sąsiadom, a tamci ze wzruszenia za ów wdowi grosz do końca nie wiedzieli, jak wyrazić mu swojej wdzięczności. Pomagali im także inni, ale ciągle brakowało. Czas uciekał za szybko. Gdy mały trafił do szpitala w Warszawie, myślał że to koniec. Nie umiał znaleźć sobie ani miejsca ani zajęcia. Poszedł wtedy do gospody i upił się pierwszy raz od tamtej rozmowy przy szczeniętach. Rano ocknął się pod kościelnym murem. Przysiadł na nim. Pochylił się, oparł głowę na rękach, zakrył twarz obiema dłońmi i przez zakrzywione palce w suchy, szary pył spadły krople łez. Wspominał. Wspominał, że nigdy nie miał nic i nigdy nie umiał zadbać o nic, że w gruncie rzeczy zmarnował to życie i nic z niego nie będzie trwało dłużej niż ono samo. „Jak pusty, mdły i marny jest każdy mój przeżyty dzień! Jak niewiele po sobie zostawia prócz kaca i pustki! Jak bezmyślnie i głupio mija czas.” Ludzie akurat wychodzili z porannej mszy. Kilka starszych kobiet, jakiś młody mężczyzna i łysy gruby gość. Gdy odeszli, wszedł do świątyni. Usiadł w ostatniej ławie. Zrobiło mu się zimno. Surowe ceglane neogotyckie mury potęgowały poczucie chłodu. Zawahał się i chciał wyjść. Spojrzenie ukrzyżowanego Boga kazało mu zostać. „Boże! Boże! Jeżeli jesteś, jeżeli mnie słyszysz... Jeśli nie obojętne są ci słowa człowieka z dna, to wysłuchaj mnie, proszę. Wysłuchaj mnie tu i teraz, jak nigdy jeszcze nikogo. Nie chcę się z Tobą targować, nie chcę stawiać ci warunków, nie pragnę niczego w zamian: ani wdzięczności, ani pamięci, ani zbawienia...” I już dalej tylko w myślach prosił Chrystusa i Jego Matkę o ratunek dla Kamila, o życie dla niego, o zdrowie i operację, która się uda. „Jestem, Boże, gotów poświęcić wszystko. Wszystko, co mam i co posiadam, choć wiesz, że nie jest tego dużo. Waląca się chałupa, obórka z dziurą w dachu, dwa hektary ugorów... Ostatnie pieniądze oddałem wczoraj Kalwajtisowi. Oto więc staję przed tobą, Panie, do twej wyłącznie dyspozycji, bo jestem gotów.” Do Żabojadów, jak zwykle wracał pieszo. Jeszcze się trochę chwiał na nogach, jeszcze się odrobinę zataczał. I już miał skręcać w polną drogę, gdy usłyszał za sobą pisk opon na asfalcie, a potem silne uderzenie w plecy. I to był koniec. Kamil doczekał się operacji; udała się. Teraz jest już zdrowy. Pan dał, pan wziął. Takie jest odwieczne prawo Boga. Świat oparty na równowadze. Bilans musi wyjść na zero. Śmierć z poświęcenia nie zapewnia zbawienia. Jest tylko najmocniejszym dowodem człowieczeństwa. Kto go nie posiada, nie będzie na nią gotów.
|