|
IX. Śmierć z miłości
Czesław Podzus 1907-1944
Bez wyraźnej pamięci o osobach, które kryje, tkwi przy wejściowej bramie grób ujęty w obramowanie z polnych kamieni. Prosty żeliwny krzyż i malowane gotykiem litery nie dają do końca popaść w zapomnienie tej mogile. Ktoś posadził na nim kiedyś rutę. A może zasiała tu sama przywleczona wiatrem z miedz. Rośnie na nim do tej pory nie głuszona przez inne rośliny, jakby chwasty z szacunku i dla podtrzymania tej wątłej pamięci, nie śmiały wkraczać na tę przestrzeń. Podzusowie mieszkali tu od zawsze. Nie uważali się ani za Niemców, ani za Polaków, ani za Litwinów. Byli stąd i już. Jak drzewa w Puszczy, kamienie porozrzucane przez Boga po polach, opasłe brzuchy wzgórz i poranne mgły nad rynnami dolin. Urodził się w sobotę. W soboty ponoć rodzą się ludzie najlepsi. Dzieje się tak podobno dlatego, że Bóg właśnie szóstego dnia stworzył na swoje podobieństwo człowieka. To była ostatnia wrześniowa sobota, jesienna i ciepła, słoneczna choć stalowoszare chmury nisko zawiesił wiatr nad Puszczą. W tym dniu w lesie za Markawen odsłaniano pomnik w miejscu, gdzie latem cesarz upolował dorodnego jelenia z czternastoma odrostkami na porożu. Odwieczny przywilej cesarzy - dokonają wszystkiego, by tylko przejść do historii. Cokolwiek uczynią, stanie się to jej częścią. Urodziła go sama. Ojciec w tym czasie orał pod siew na oziminę. Pola mieli na stokach najwyższego wzgórza z okalających wioskę. Z nich widać było ich dom w otoczeniu sędziwych lip, polną drożynę wiodącą ku niemu i bezmiar Puszczy podchodzący od tyłu. Naszpikowane były niezliczoną ilości kamieni, z których co rok usypywał się na miedzy spory wzgórek. Co roku ziemia rodziła ich nowe bogactwo i co roku zbierało się z niej ich obfity plon. Jakby Ktoś złośliwie nocą siał te głazy po polach, podlewał każdym deszczem, chuchał na nie każdym podmuchem wiatru, by tylko rosły, pęczniały w swej skalnej istocie i rodziły nowe pokolenia. Czasem był skłonny uwierzyć, że tak się dzieje. Że kamienie rosną. Najpierw jest małe kwarcowe ziarenko piasku. Ileż takich mieściło się w dziecięcej dłoni. Potem, latami, dorastały one do rozmiarów żwirowych otoczaków. Ludzie usypywali z nich drogi, by twarde kamieniste ciała nie rozmaczały się w nieprzejezdne błoto. A one cierpliwie i powolnie rosły nadal. Zbierało je na polu w czasie orania i układało w stosy na miedzy. Zwykle stawały się podmurówkami pod domostwa, obory, stodoły, kapliczki, kościoły, kolejowe mosty. Dzieckiem był wrażliwym i takim pozostał. Nie umiał inaczej. Za bardzo przesiąkł matczyną miłością i dobrocią, by stać się innym człowiekiem. Nie był mazgajem. Był tak samo twardy jak ojciec. Nie bał się ciężkiej pracy, nie przerażał go ogrom obowiązków. Nigdy nie odkładał na później tego, co mógł zrobić wcześniej. Tylko czasem, gdy upijał się w karczmie w Blindgallen, kiedy z kolegami, a nieraz sam, schodził do wsi szukając towarzystwa, zdarzało mu się cokolwiek trochę zaniedbać. Jako kilkunastoletni chłopiec pasał krowy nad Bludzią. Mieli kawałek swojej łąki nad rzeką. To był raczej spadzisty brzeg z głębokim parowem po środku. Nad wodą w rzędzie rosły głowiaste, rozszczepione u posady wierzby. Uparcie przeglądały się w krysztale płynącego potoku. Zawsze siadał pod którąś z nich i patrzył w nurt. Na dnie widoczne poprzez jasne przezroczyste fale drobne kamyczki układały się co dzień w inny wzór. Niezbity dowód na zmienność świata. Wśród nich nie raz widział jak wodny chrząszcz bronił swoich jajeczek przed żarłoczną larwą komara. Maleńki owad zawsze przegrywał, ale ratował zawsze własne potomstwo. Drapieżcę wyprowadzonego na bystrze nurt wody momentalnie znosił w dół rzeki. Ożenił się w 1929 roku. Miał dwadzieścia dwa lata i tych kilka okrojonych kamienistych mórg ziemi z gospodarki ojców i teściów, surowe mury własnego obejścia, ogrom pracy wokół i nadzieję na własny świat. Żonę dostał pracowitą i mądrą; kobietę z krwi i kości tutejszą, podobną sobie. Czuł się nawet czasem winny, że nie kocha jej tak, jak na to zasługiwała. Gdy ją pokochał, poczuł jakby cudze ja wstąpiło w niego. Jak został naruszony w swym jestestwie. Jak zaczął żyć od nowa, dopiero teraz naprawdę, jakby wszystko wcześniej było snem. Jak to wszystko umarło i zrodziło się na nowo. Stwarzali swój własny świat długo, bez słowa goryczy, bez krztyny zawiści. Harowali dzień i noc, by ze skrawka marnej ziemi utrzymać siebie, potem z biegiem lat kolejne dzieci: syna, córkę, następną córkę, drugiego syna, bliźniaczki. Czasem, gdy kładli się już późno, gdy mogli pozwolić sobie na odpoczynek, zastanawiał się, czy jest w tym wszystkim sens. Bezustanna praca, urobione do kresu możliwości ręce, zmęczone ciężkie nogi, piekące rany i odciski, pęcherze i bąble. Sen przerywał swym nadejściem refleksje, a rano machinalnie i odruchowo ruszał na podbój kolejnego dnia. Dom budowali lata, powoli i cierpliwie, jak cierpliwie i bez słowa skargi znosili codzienne trudności. Zimą niekiedy nie dojadali, by tylko wyżywić dzieci. Wyglądali wtedy wiosny, pierwszych listków lebiody zrosłych z kwietniowych deszczy i słońca. Anna robiła z nich papkowatą zupę z resztkami zeszłorocznych ziemniaków. Po 1933 roku nastały w końcu lepsze lata. Ziemia obrodziła. Ziarno było grube i suche, dojrzałe wysypywało się z kłosów, kartoflane bulwy były duże jak dłoń, wrześniowe gałęzie jabłoni w sadzie uginały się pod ciężarem owoców. Czesław woził to wszystko na targ do Szittkehmen lub do Goldap. Skończyli wreszcie budowę domu, kupili konia, przestali głodować. Wojna nie przyszła do nich w 1939 roku. Zza pobliskiej granicy słychać było nieraz na początku września wymianę ognia, jakieś wystrzały, przelatujące samoloty nad domem, które niby ogromne ptaki zwabione odgłosami walk, kierowały swój lot ku ich odgłosom, nocą jadące ku granicy wojskowe pociągi i żołnierzy w wagonach głośno śpiewających ponure wojenne marsze. Może wśród nich był najstarszy syn, który już nigdy nie powrócił do nich trafiony w pierwszych dniach września polską kulą przez obrońców Modlina. Po kilku dniach wszystko skończyło się tak nagle, jak się zaczęło. Ucichły strzały zza polskiej granicy, myśliwce i bombowce już tylko sporadycznie i gdzieś wysoko nad chmurami zmierzały ku innym, znacznie odleglejszym celom, pociągi zaczęły na powrót wozić drewno z Puszczy, zboże i cywili. Tak było już do końca, do dni, kiedy wojna przyszła do nich, kiedy wolni od jej prawdziwego brzemienia, zetknęli się z jej faktycznym obliczem. Była połowa października 1944 roku, gdy do wsi wkroczyli pierwsi sowieccy żołnierze. Większość mieszkańców uciekła, ewakuowała się i z całym dobytkiem na furmankach ciągnionych przez konie podążyła gdzieś na zachód. Oni pamiętali rok 1914. Inni zostali ze strachu, z bezradności, z przywiązania. Większe niż lęk przed Rosjanami był strach przed tułaczką, rozpoczynaniem życia na nowo, utratą ojcowizn. W swoim gospodarstwie w Sprindberg pozostali Anna i Czesław. „Nie jesteśmy przecież Niemcami, nie zrobią nam nic złego.” – uspokajał żonę. „Będziemy Polakami, nie powinni nas ruszyć.” – dodawał. 21. października przyszli pod ich dom. Choć był późny wieczór, księżyc nisko i bliski pełni zawisł nad wzgórzami Puszczy i jasnym snopem swego światła oblewał domy we wsi. Anna wkładała do pieca chleb, gdy zapukali energicznie do drzwi. Było ich trzech, w sztos pijanych, brudnych i zarośniętych, śmierdziało od nich wódką, błotem i ludzkim potem. Siłą wywlekli kobietę przed dom. Czesław rzucił się na jednego z nich z pięściami. Tamten ogłuszył go kolbą od bagnetu. Ocknął się po chwili. Wziął nóż, którym podcinało się gardła wieprzkom, a potem rozpruwało ich brzuchy, by wydobyć z nich trzewia. Wybiegł przed dom. Ona jeszcze się broniła, jeszcze jej nie mieli. Wbił jednemu z nich nóż w serce. Tamten zacharczał, zatoczył się, z ust popłynęła mu strużka krwi, upadł i już nie wstał. I gdy patrzył na jego śmierć, bez żadnych ludzkich emocji, bez żalu i bez litości, jego ciało przeszyła salwa, kilka kul, jedna za drugą. Zdążył jeszcze usłyszeć krzyk żony, nim upadł. Chciał jej coś jeszcze powiedzieć, ale nie zdążył. Księżyc zgasł mu w oczach. Niekończąca się noc bez nadziei na świtanie. Gdy skonał, zabili i Annę. Jej martwe ciało gwałcili jeszcze w krzakach bzów, a potem obnażone rzucili obok męża. Odeszli nie zabierając nawet trupa swojego kompana. Małżonków pochowano we wspólnej mogile przy bramie cmentarza. Potem już nikt nie przychodził na ich grób. Dzieci zabrała rodzina. W drodze do Niemiec wszystkie zginęły, gdy lotnicza bomba trafiła w ich barkę na Zalewie. W zapomnianym grobie, pod rucianym posłaniem leżą mąż i żona. On umarł z miłości do niej, jej pozbawili godności. Ona nie miała wyboru, on dokonał jedynego, który pozwoliłby mu żyć. Choć musiał wiedzieć, że jego czyn skaże go na pewną śmierć. Z miłości umiera niewielu, bo tak niewielu potrafi kochać. Tylko prawdziwa miłość jest silniejsza niż śmierć i strach przed śmiercią.
|