|
VIII. Śmierć z choroby
Weronika z Rosmanisów Bernatowicz 1922-1978
Białej kamiennej płyty nie zdobią ani złote litery, ani mosiężny krucyfiks, ani kunsztowny medalion ze zdjęciem. Czarny prosty napis krótko informuje, że leży tu Weronika Bernatowicz, która żyła lat pięćdziesiąt sześć, urodziła się 1. września 1922 i zmarła 13. lipca 1978, i że rodzina prosi Bożą Matkę o modlitwę za duszę zmarłej. Biały kamienny pomnik stoi przy głównej alei. Wyrok na swoje życie przyjęła panicznie. Lekarze dawali jej góra sześć miesięcy i żadnej szansy na wyzdrowienie. „Guz na mózgu to poważna sprawa.” – powiedział jej jeden. „Musi się pani przygotować na najgorsze.” – oznajmił drugi. Głowa bolała ją często i już od dawna. Brała etopirynę, coraz więcej i częściej. Na początku jej pomagała, potem łykała ją już tylko z przyzwyczajenia, bo piorunujący ból nie ustępował. Nie pamiętała, ile nocy nie przespała, ile razy ukrywała atak bólu przed mężem i dziećmi. Do lekarza w ośrodku poszła dopiero, gdy po raz któryś w przeciągu kilkunastu tygodni zemdlała. Bardziej wypchnęły ją tam córki niż własne przeświadczenie o konieczności tej wizyty. Krótko po tym trafiła do szpitala onkologicznego. Guz był na tyle duży, że żaden z chirurgów nie odważył się na przeprowadzenie operacji. Skazali ją na powolne umieranie w szpitalu. Karmili ją lekami, poddawali chemioterapii, ale nie po to, by ratować jej życie, ale po to, by przedłużyć jej jego tragiczny epilog. Na początku jeszcze nie było źle. Trochę leżała, trochę chodziła po oddziale. Rozmawiała z innymi, podobnymi jej przypadkami. Jeszcze odnajdywała w sobie na tyle siły, by pocieszać innych. Pogodziła się z własnym przeznaczeniem; nie spodziewała się tylko, że to, co najgorsze dopiero ma nadejść. Gdy straciła przytomność po raz pierwszy, myślała, że to już śmierć. Inaczej ją sobie wyobrażała. Miała długo spadać w ponurą czeluść bez kształtu i bez przestrzeni, a potem w pewnym momencie ujrzeć jasne światło, którym będzie Bóg. Tu widziała niekończącą się ciemność. Jasność nie nadchodziła. A kiedy otworzyła oczy, zamiast oblicza Boga, ujrzała twarz pielęgniarki. „A więc jestem? Więc żyję? Nie umarłam?” – spytała z cieniem rozczarowania w głosie. Pielęgniarka przytaknęła z uśmiechem. Nie uwierzyła jej. Dłonią przeciągnęła sobie po twarzy. „Więc żyję i dotykam siebie, istniejącą jak życie i jak to życie prawdziwą.” - poczucie zawodu nie opuszczało jej. To były naprzemienne dwa stany jej świadomości. Pierwszy, rzeczywisty, z każdym swoim nowym nadejściem potęgowany coraz większym bólem, bezsilnością wobec cierpienia, w którym każda jednostka czasu jej trwania zdawała się jej nie kończyć. I ten drugi, wolny od uciążliwości fizycznego bólu, ten nierealny, będący poza nią, a jednak wewnątrz; stan braku przytomności, gdy wszystko, co czuła i co przeżywała, działo się nie w rzeczywistej chwili, ale gdzieś przed nią, w znajomej przeszłości. Nie wiedziała w jaki sposób oba te stany następują po sobie. To nie działo się w żaden rutynowy sposób. Jednego dnia traciła przytomność kilka razy, drugiego całą wieczność wiła się w bólu, którego nie potrafiło już nic uśmierzyć. Nie umiała przewidzieć rozwoju sytuacji. Gdy budziła się rano, o ile mogła spać, z niepokojem czekała każdej następnej minuty. Jeszcze na początku bała się tych utrat przytomności. Z czasem jednak przywykła do nich, pokochała je. To były jedyne chwile wytchnienia od męczącego swą stałością intensywności bólu. Brak świadomości cierpienia był jednak brakiem świadomości trwania. Pierwszy raz straciła przytomność na krótko. Chwilę wcześniej poczuła dziwny niepokój w sobie i nagle przed oczami zamiast szpitalnej sali pojawiła się młoda kobieta z zawiniątkiem w rękach. Nie poznała siebie; poznała matkę, rodzinny dom, który został za sowiecką granicą, gdy po wojnie przybyli na nowe miejsce ze Wschodu. I w tym obrazie było pełno wiosny, był kwitnący bielą sad, było ciepło dzieciństwa. Mimo biedy nie było niedobre. A nad tym wszystkim obecny był Anioł-Stróż. Utkwił w niej swój wzrok, a potem usłyszała pytanie: „Chciałabyś przeżyć to raz jeszcze?”. Tak, chciała. I wróciła do rzeczywistości, do swojego bólu i do swojej beznadziei. I zawsze, kiedy traciła przytomność, widziała swoje życie sprzed lat, a potem Anioła, i słyszała niezmiennie od niego to pytanie, a on wyczekiwał odpowiedzi, i gdy tylko ją otrzymywał, znikał, a to było niechybną oznaką powrotu do rzeczywistej świadomości. Ale on uświadamiał jej niechybny koniec, przypisywał jej życie do przyszłości, mimo że jeszcze trwało. Wraz z nim mijało jej ono jeszcze raz, ale szybciej i dobitniej. Przypomniał jej wszystko po kolei. Pierwsze uniesienia, pierwszą miłość, rozstanie, nowe uczucie, ślub, narodziny kolejnych córek. I zawsze chciała powtórzenia tych zdarzeń, zawsze mówiła „Tak”. I znów po raz pierwszy zakochała się w tamtym litewskim chłopcu o błękitno-szarych oczach, po raz pierwszy poczuła jego dotyk na swoim ramieniu, po raz pierwszy go całowała, aż przeszły ją dreszcze. Na powrót znalazła się nad Niemnem, po zachodzie słońca, gdy zielone wzgórza, jakże podobne tym nad Romintą, przeglądały się w ciemnej wodzie pstrzonej iskrami gwiazd. A potem na powrót go straciła, gdy zabili go Sowieci. Od nowa tęskniła, na nowo gasiła w sobie cierpienie po tej stracie. Jeszcze raz się z tym godziła, jeszcze raz uciekała, by dogonić Polskę. Ponownie poznała swojego męża. Zobaczyła go, jak kiedyś, nad Przeroślą. Jeszcze wtedy tyle nie pił... I znów ubrana w białą sukienkę ślubowała mu przed ołtarzem, w bólu radości i nadziei rodziła dzieci, chowała je i wysyłała w świat. I nadszedł dzień, kiedy zjawił się Anioł po raz kolejny. Zobaczyła wówczas siebie jak mdleje, jak upada, jak podbiega do niej przerażona najmłodsza z córek. A dalej wszystko potoczyła się już szybko, aż przeszłość i teraźniejszość stały się równoczesnością. Widziała siebie nieruchomą na szpitalnym łóżku, nieprzytomną, pozbawioną znamion życia. I wtedy zadał jej to samo pytanie. Ale tym razem nie odpowiedziała bez wyczekiwania. Zastanowiła się chwilę. Po raz pierwszy odpowiedziała mu przecząco. Spokojnie i bez obaw. Nie odzyskała już przytomności. Zabrał ją ze sobą, a potem porzucił w otchłanie. Przykryli jej ciało białą kamienną płytą, skromną i niedużą. Wyryli na niej jej imię. Jeszcze o niej pamiętają, jeszcze kładą świeże kwiaty, jeszcze palą znicze... Śmierć z choroby jest końcem życia, które kończy się za życia.
|