|
VII. Śmierć ze strachu
Szymon Šteiter 1908 - 1943
Szymon Šteiter leży tuż przy murze po lewej stronie głównej alei. Zajmuje mały bezimienny grobek, zupełnie już zaniedbany, porośnięty perzem i mniszkami, które wiosną i wczesnym latem rozchylają swoje żółtozłociste główki kwiatów ku słońcu, jakby tylko one jeszcze miały w pamięci historię swojego nieboszczyka. Urodziła go Żydówka w żydowskiej rodzinie w żydowskim domu w żydowskiej części Wisztyńca. Tamten świat już nie istnieje, jak nie istnieje pamięć o Szymonie Šteiterze. Ojciec prowadził sklep koszerny w miasteczku. Był ortodoksyjnym Żydem z długą kruczoczarną brodą. Co szabas modlił się w synagodze, co piątek zasiadali do rytualnej wieczerzy. Każde żydowskie święto było dniem ważnym, o którym nie wolno było zapomnieć, przy którym należało zawsze odpowiednio się zachować. Każde odstępstwo od przyjętych zwyczajów było przez ojca surowo karane. Jak bardzo bał się ojca, jak bardzo bał się jego krzyku, który zawsze zwiastował cięgi. Dorośli w Wisztyńcu żyli w swoim gronie. Żydzi wśród Żydów, katolicy wśród katolików. Dwie społeczności żyły obok siebie, ale nie ze sobą. Żydzi nie lubili Litwinów, Litwini nie lubili Żydów. Tylko dzieci nieświadome do końca przyczyn uprzedzeń dorosłych potrafiły bawić się razem. Ale też do czasu. Szymon kolegował się z Antanasem Alekną, Litwinem, synem policjanta. Tamten był starszy od niego. Zawsze imponował mu we wszystkim. Był silny, wysoki, inni chłopcy czuli przed nim respekt. Zazdrościł mu pozycji wśród rówieśników, pobłażliwych rodziców pozwalających na wszystko, potem, gdy byli starsi, powodzenia u dziewczyn, jasnowłosych Litwinek. Nie chciał mu tego odbierać; pragnął jedynie mieć to samo. Nie czuł do niego nienawiści. Szanował go, a nawet się bał. Nigdy nie próbował, nie chciał stawać mu na drodze. Kiedyś stanął. Poszło o błahą rzecz. Jedno spojrzenie nie na tą dziewczynę, jeden niepotrzebny komentarz. Skończyła się udawana przyjaźń. „Zobaczysz, dostaniesz kiedyś za swoje, Żydku!” – odgrażał się Antanas. „Jeszcze nie dziś, ale kiedyś pokażę ci, kto tu rządzi.” – dodawał niekiedy. Gdy skończył dwadzieścia dwa lata odszedł z domu. Miał dość ojca, jego konserwatywnych poglądów, całej tej wisztynieckiej żydowszczyzny, której był częścią. Nie chciał być Żydem. Bycie Żydem skazywało go albo na kupiecką wegetację w prowincjonalnych miasteczkach, albo, przy odrobinie szczęścia, na trafienie na łaskę jakiegoś rabina w Kownie. Pochodzenie ograniczało mu szansę na cokolwiek lepszego. Na Boga miał dość bycia Żydem. Na Wielkanoc 1931 roku w kowieńskiej farze przyjął rzymsko-katolicki chrzest. Po Szymonie-Żydzie nie pozostało od tej pory nic prócz braku napletka. Od tej pory stało się to jego wielką tajemnicą. Od tej pory uważał się za pełną gębą Litwina. Zlituanizował swoje nazwisko, chadzał co niedziela na mszę i przyjmował ciało Chrystusa. Z czasem zaczął nawet odczuwać charakterystyczną innym niechęć do Żydów. Zapomniał, że sam jest gojem. Cóż, zupełnie nie semicka fizjonomia nie przypominała mu tego faktu. „Ech, Szymon! Masz takie typowe litewskie rysy!” – zachwycał się czasem przed lustrem. Skończył kursy nauczycielskie w Kownie, a potem osiadł w Mariampolu. Uczył w szkole powszechnej rachunków. Czuł się dobrze. Tak dobrze jak nigdy. Jak nigdy później już w życiu. A potem zaczęły się coraz większe prześladowania Żydów. Widział te nagonki na ulicach, agresję, niszczenie żydowskiego mienia. A potem, gdy wojna rozszalała się na dobre, zaczęła się eksterminacja: wywózki, egzekucje, gwałty. Płonęły żydowskie domy, synagogi, sklepy. Spalili rodzinny Wisztyniec, spalili mijany codziennie Mariampol, spalili Kalwarię, Wierzbołów, Kibarty. „Miałeś szczęście, że przestałeś być jednym z nich.” – dodawał sobie otuchy, choć strach narastał w nim z każdym nowym dniem. Bo to był tylko pozorny spokój człowieka, który miał świadomość własnej tajemnicy. To był szok, gdy na ulicy, w drodze do szkoły, spotkał się oko w oko z Antanasem w mundurze szaulisa. Wpadli na siebie przypadkiem. Zagapił się po prostu. Poznał go od razu, mimo że minęło sporo lat, od kiedy wyjechał z Wisztyńca. Myślał, że tamten równie szybko rozpozna w nim dawnego kolegę. Chyba tak się nie stało. A może tamten się nie zdradził. Przeprosił go i szybko poszedł dalej, by broń Boże nie dać mu więcej patrzeć na siebie, nie dać tamtego pamięci czasu na odszukanie w sobie twarzy, która na pewno nie była jej obca. Następnego dnia opuścił Mariampol na zawsze. Wolał nie ryzykować. Trafił do Kalwarii pod dawną polską granicą. Po tygodniu zjawili się w miasteczku szaulisi, by rozprawić się z resztką Żydów. I znowu pojawił się znajomy z Wisztyńca. Tym razem poznał Šteitera. „Ja nie jestem Żydem.” – bronił się, gdy ładowali go do ciężarówki. Pokazywał medalik z Matką Boską, który nosił na szyi. „Nie jestem Żydem.” – za wszelką cenę próbował się ratować. „Ściągnąć mu portki!” – wydał rozkaz Alekna. „Myślałeś, że jak każesz się ochrzcić, to odrośnie ci?!” – kpił z niego. Załadowali go wraz z innymi i powieźli. Strach był jedyną rzeczą jaką czuł w sobie. Nie było w nim żadnych uczuć, żadnych emocji prócz wszechogarniającego strachu o własną przyszłość. Modlił się o ocalenie. Jechali aż się ściemniło. W okrywie z nocy kazali im się przesiadać do kolejowych wagonów. Mrok i ulewny deszcz pomogły Szymonowi uciec. Szedł do świtu, a potem jeszcze cały dzień. Byle jak najdalej stąd, jak najdalej od przeszłości. W niemieckiej wiosce po drugiej stronie granicy, najął się jako litewski robotnik rolny, taki, jakich wielu było we Wschodnich Prusach. Wieś nazywała się Sprindberg i zamieszkiwało ją zaledwie kilkanaście rodzin. Leżała na wzgórzach, między Puszczą a Przeroślą, ujęta od zachodu ramieniem Bludzi, od wschodu zaś wstęgą Błędzianki. To była dla niego oaza spokoju. Nikt nie znał tu jego przeszłości, jego pochodzenia, jego tajemnicy. Nie sięgała tu władza szaulisów. Gospodarzy nie interesowało skąd był; zależało im na solidnej pracy. Wojna zdała się trwać wszędzie, tylko nie w Niemczech. Gdy minęło lato, a potem nastała wczesna jesień i wraz z nią wykopki, jeździł z chlebodawcą na targ do Szitkehmen. Wraz ze świtem zaprzęgał do naładowanej ziemniakami, burakami i owsem furmanki konia, a potem jechali przez wczesnoporanną Puszczę, cichą, jakby jeszcze uśpioną, nakrytą jeszcze kołderką mgieł. Wieczorem wracali tą samą drogą, gdy potężny las cichł i szykował się powoli do snu. Powtarzali ten rytuał co kilka dni. W październiku na targu królowała kapusta. Całe stosy jej główek zapełniały targowy plac. Ruch był ogromny, obroty niezłe. Patrząc na podobne do siebie setki kapuścianych ciał, nasunęła mu się myśl, że w końcu i on stał się jedną z takich kapust, niczym szczególnym nie różniącym się od innych. Poczuł się dobrze i poszedł na piwo do gospody. Gdy dopijał ostatni łyk, do środka wszedł on. Z początku nie poznał go. Był w cywilu. Strach na nowo zagościł w sercu Szymona. Najwidoczniej go zauważył i poznał, bo podszedł do oficera Gestapo i szepnął mu coś do ucha. Tamten spojrzał tylko w stronę Szymona, podniósł się i razem z tamtym wyszli z gospody. Wykorzystał to i uciekł. Dwa dni później we wsi zjawiło się Gestapo. Sprawdzali dom po domu, gospodarstwo po gospodarstwie. Szukali Żyda ukrywającego się pod przykryciem litewskiego najemnika. Otoczyli całą wieś. Nie sposób było uciekać. „To jest już koniec.” – pomyślał Szymon. Na podwórzu, pod oborą leżała wysoka sterta obornika, który wyrzucali poprzedniego dnia. Nazajutrz mieli wywieźć go na pola. Dwie godziny dźgali bagnetami stertę niemieccy żandarmi. Nic nie znaleźli. Dopiero wieczorem wyczołgał się z niej. Ale to już był nie ten sam człowiek. Ciemne włosy całkowicie posiwiały, oczy zgasły i coś się w nim skończyło. „Całe życie starałem uciekać się przed strachem. Nie mam siły już dłużej.” – wyszeptał do żony gospodarza. Umarł nad ranem, gdy siwe mgły zaczęły opadać w doliny. Pochowali go skromnie nad Przeroślą, przy samym murze. Postawili mu tylko krzyż ze świerkowych desek. Grób zarosła trawa i gdy wojna się skończyła, skończyła się pamięć o Szymonie Šteiterze. Śmierć ze strachu jest końcem ucieczki przed nim; jest przekroczeniem granicy ludzkiej odporności na jego tłumienie w sobie.
|