|
V. Śmierć z samotności
Justyna z Białowąsów Kochanowska 1961 - 1986
Solidny granitowy pomnik błyszczy swą czarną bryłą pośród innych grobów. Na nim jest zawsze przepych kwiatów, płoną światła lampek. Wokół jest zawsze czysto i wysprzątane. Regularnie ktoś wymiata miotełką najmniejsze pyłki brudu i kurzu, wyrywa z gleby ledwo co odrośnięte źdźbła traw i listki chwastów, solą posypuje ziemię, ścierką przeciera oblicze kamiennej płyty, na której złotymi literami widnieje imię i nazwisko zmarłej. Pomnik jest duży. Wyniosły i szeroki dominuje nad sąsiednimi. Błyszczy nowością, lśni w promieniach słońca. Takie podobne jemu stoją w zupełnie innej części cmentarza. Ale tamte też bije na głowę swoim wizerunkiem. W końcu żaden z nich nie był robiony na specjalne zamówienie aż w Ełku. Udało się tylko jemu. Lekarz określił przyczynę śmierci od razu i bez cienia wątpliwości. To była białaczka złośliwa. Wykończyła ją w trzy letnie miesiące. Do szpitala poszła z początkiem czerwca, umarła w przedostatni dzień sierpnia. Nie znalazła w sobie sił i chęci, by walczyć z chorobą, choć innym się udaje. Pięć lat wcześniej zaczęła się jej samotność. Wcześniej nie odnajdywała jej w sobie. Może nie szukała dokładnie. Nie miała wtedy czasu na to, nie przykładała do tego większej uwagi. Życia było jej mało i mało, czasu jeszcze mniej, by zapełniać go tym życiem. Była wesoła i pełna humoru, pogodna, zawsze uśmiechnięta. Radziła sobie, choć los niósł jej nie tylko dobre chwile. Rodziców kochała, ale nie tak jakby chciała. To była miłość bardziej z przyzwoitości i obowiązku niż z serca. Matka nie umiała być dobra dla swych dzieci. Bardziej czuło się od niej chłód obojętności niż macierzyńskie oddanie. Była surowa i niedostępna, jakby się bała, że jeśli okaże choćby najmniejszy skrawek matczynego ciepła, postrzegą to za objaw jej słabości. Bo choć na zewnątrz uchodziła za silną osobę, tak naprawdę wewnątrz skrywała niemoc okazywania dobra innym. Ludzie nie lubili jej. Zawsze narzucała im swoje zdanie. Nigdy nikogo nie wysłuchała do końca. Ojciec był życiowym niedorajdą. Gdyby nie żona, nie poradziłby sobie z utrzymaniem gospodarstwa i rodziny. To ona w ryzach trzymała cały dom, zarządzała pieniędzmi, wychowywała dzieci. Nie był młody, gdy ją poznał. To była chyba jego ostatnia szansa zerwania ze starokawalerstwem. Bardziej ożenili go ludzie, niż on sam. W zasadzie nie pił, nie klął, nie włóczył sił się po nocach. Był człowiekiem spokojnym, nazbyt spokojnym, bo bezwolnie dał się zdominować żonie. Nigdy nie miał własnego zdania, nigdy nic go nie obchodziło, nie miał zmartwień. Karnie wykonywał polecenia małżonki. Robił w polu, zimą przy ścince w Puszczy, oprócz tego płodził dzieci. Na tym polegała jego życiowa misja i do tego ograniczały się jego obowiązki. Resztą zajmowała się kobieta. Rodzeństwa miała troje. Dwie starsze siostry i młodszy brat. Dzieci rosły pod surowym okiem matki, bez swobody, bez miłości, bez zrozumienia. Każde miało wydzielony zakres obowiązków, które musiało wykonać. W przeciwnym razie dostawało cięgi od matki. Matka biła gumowym kablem od żelazka i nie dawała kolacji. One miały chodzić jak w zegarku, miały być bezwzględnie posłuszne. Każda niesubordynacja była karana, żadna obowiązkowość nie odnajdywała odzwierciedlenia w wynagradzaniu. To był matczyny system wychowawczy: kara za każde możliwe nieposłuszeństwo i zero nagród. Nie wspominała nigdy dzieciństwa źle. Piekło w domu wynagradzała rzesza bliższych i dalszych koleżanek. Bo mimo zupełnego braku ciepła w domu, w Justynie pełno było zwyczajnej wrażliwości, która z łatwością przysparzała jej sympatii u innych. Wspólne chwile pozwalały zapomnieć o domu, dawały złudzenie dobrego świata, które w Justynie urastało do rangi rzeczywistości. Potem poszła do szkoły średniej do Gołdapi. Poznała nowych ludzi, pozyskała nowe przyjaźnie. Poznała Romana Kochanowskiego. Poznała miłość. Nauczyła się jej, bo przecież skąd miała wiedzieć, jak kochać. Po raz pierwszy w życiu poczuła, że naprawdę jest komuś potrzebna, że w końcu kogoś obchodzą jej uczucia. Gdy po wypadku na motorowerze trafił do szpitala, była przy nim. Gdy umarła mu matka, była przy nim. Gdy zdawał maturę, była przy nim. Gdy wzięli go do wojska, jeździła do niego. Zaczęła żyć bardziej dla niego niż dla siebie. Zapominała o sobie: o szkole, o bólach w stawach, o śnie. Ale im bardziej żyła nim, tym czuła się szczęśliwsza. „Jakże mam myśleć o sobie, kiedy mój Romek mnie potrzebuje!” – odpierała uwagi ludzi na temat ich związku. Pobrali się, gdy wrócił z wojska. Miała dwadzieścia lat i ogromną nadzieję na wielkie szczęście. Okazał się pospolitym draniem. Nie miał już dla niej tyle czasu, co wcześniej. Znikał na całe noce, wracał pijany, awanturował się o byle co. Dom był pustą przestrzenią, dobrowolnym więzieniem dla niej, hotelem i restauracją dla niego. Miejscem chłodnych uniesień, zbiegiem wszystkich jej samotności. Czar prysł jak mydlana bańka. Myślała, że dziecko wszystko zmieni, że wniesie w ich wspólne życie jakieś nowe siły, nadzieje, możliwości. Nawet gdyby tak się nie stało, miałaby chociaż dla kogo żyć, miałaby jakiś cel. Warto było spróbować. Diagnoza lekarza brzmiała jak wyrok. „Pani nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Anatomiczne względy wykluczają jakiekolwiek leczenie.” – te słowa słyszała co noc, gdy leżąc obok męża nie mogła usnąć. Zdecydowała się na rozmowę z nim. Nie zrozumiał jej bólu zupełnie. „Trudno. Nie będziemy mieć dziecka.” – odparł obojętnie, odwrócił się i zasnął. Została sama ze swoim ciężarem bezpłodności. Nie znalazła oparcia u matki. „To kara boska!” – stwierdziła. Ojciec zupełnie nie przejął się jej losem. Siostry pocieszyły ją powierzchownie, brat zachował się niedojrzale. Przyjaciółki ze szkoły nie miały czasu na spotkania. Jedna wykręciła się chorym dzieckiem, inna natłokiem nauki na studiach. Ze swoim problemem została zupełnie sama. „Muszę chyba polubić tę swoją samotność wśród ludzi.” – próbowała wziąć się w garść. „Musisz mi pomóc. Swoją miłością musisz mi pomóc!” – jeszcze raz zwróciła się do męża. Wstał, zdjął z wieszaka czapkę i wyszedł. Wrócił jakby nigdy nic po dwóch dniach. Nigdy więcej nie chciał wracać do tej rozmowy. Gdy zaczynała temat, wychodził. Wracał po kilku dniach, zwykle pijany i brudny. I krótko potem zemdlała w kuchni. A potem drugi raz w kościele. W końcu z domu zabrało ją pogotowie. W ełckim szpitalu stwierdzili zaawansowaną białaczkę. Trzy miesiące później umarła. Przy jej łóżku obecny był mąż. „Nie zapomnij o mnie!” – poprosiła go. „Ale, broń Boże, nie miej mnie na równi z codziennymi troskami, przyjemnościami i obowiązkami. Nie chcę przeszkadzać Ci w Twoim życiu, nie chcę w jakikolwiek sposób hamować jego biegu.” Choroba żony wstrząsnęła nim. Nie uratowało to jej życia. To, co stracił, być może docenił. Wystawił jej piękny pomnik z czarnego marmuru w starej kwaterze cmentarza. Teraz przychodzi tu co sobota. Mimo że ożenił się po raz drugi, mimo że ma dwoje dzieci, wciąż pamięta o Justynie. „Po śmierci łatwiej jest pamiętać o kimś, niż za życia.” – przyznał kiedyś. Miał dziwną rację. Znajdują czas, by przyjść na grób Justyny matka z ojcem, siostry i brat, dawne przyjaciółki. Śmierć z samotności zmusza do pamięci innych.
|