www.opowiadania.pl

Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc  

Program kalkulacyjny, który daje właściwy i przyjazny wynik - kłamie.

Moje konto Moje portfolio
Ulubione opowiadania
autorzy

Strona główna Jak zacząć Chcę poczytać Chcę opublikować Autorzy Katalog opowiadań Szukaj
Sponsorowane Polecane Ranking Nagrody Książki Wydawnictwa Wasze opinie Wyślij wiadomość

Sponsorowane:
51

"Zakon" "Czarny kamień"

Autor płaci:
20

www.wcislek.com Napisałem to ponad rok temu na "opowiadania.pl", później udało się...

UŻYTKOWNIK

Użytkownik:
Nie zalogowany
Logowanie
Załóż nowe konto

REKLAMA

KONKURS

W lipcu nagrodą jest książka
Stracony weekend
Charlesa Jacksona
Powodzenia.

SPONSOROWANE

"Zakon" "Czarny kamień"

www.wcislek.com Napisałem to ponad rok temu na "opowiadania.pl", później udało się...

Pro Memoria

Dziś pożegnałam kolegę.Miał 46 lat. Osierocił nienarodzone dziecko.

IN VINO VERITAS

Taka sobie historia. W pewnym sensie prawdziwa...

Królowa Przeznaczenia

O Królowej "tego, co stać się musi"...

Boskie Rachunki część pierwsza

Opowiadanie fantasy, choć na pewno nie klasyczne, początek o wiele dłuższej historii. Specjalne podziękowania dla użytkownika Nae Mair z forum literackiego Inkaustus, którego dokładna recenzja pozwoliła wyłapać dużą ilość błędów.

Akcja-SPEŁNIAMY MARZENIA!

Siedzisz przy kompie i nic z tego nie masz? Teraz podczas surfowania w sieci możesz zarobić trochę kasy! Warto.

Szkarłat na czerwieni

Poznajemy bliżej głównego bohatera cyklu. Opowieść o tym jak sterując przypadkami steruje się ludzkim życiem. Druga cześć Cyklu Tajemnic

Kres wędrówki

Jak jeden kamień zmienia świat... Co prawda niewiele ale kamień tez jest mały. Pierwsze opowiadanie Cyklu Tajemnic.

Kamień Węgielny

Z pozoru zwykła dziewczyna przybywa do klasztoru. Coś się jednak nie zgadza. Opowiadanie z Cyklu Tajemnic.

SPADEK cz.8

Czy uda sie znaleźc tajemniczy park, który Megi widziała za drzwiami piwnicy? Jak potoczą sie dalsze losy dziewczyny i Topolnickiego? Zapraszam do lektury. ABujak

WYBIERZ TYP

Opowiadanie
Powieść
Scenariusz
Poezja
Dramat
Poradnik
Felieton
Reportaż
Komentarz
Inny

CZYTAJ

NOWE OPOWIAD.
NOWE TYTUŁY
POPULARNE
NAJLEPSZE
LOSOWE

POZYCJA=21717

OCENA: 5.00  

Śmierć z tęsknoty

Publikacja:
06-01-07

Zmiany:
06-01-07

Typ:
O
opowiadanie
Kategoria:
-Inne
--
--
Treść:
W -dla wszystkich

Dodaj do ulubionych
Wyślij do znajomych
Wersja do druku 

(z cyklu "Cmentarz nad Przeroślą")

Opublikowano w:

fragmenty w "Z bliska" VI/2002

AUTOR: Adnotacje
A-autor

Zerejestrowany:
06-01-04

Dodaj do ulubionych
Portfolio autora

 III. Śmierć z tęsknoty

Juliusz Michniewicz 1949 - 1968

Na siódmy w piątym rzędzie po prawej stronie cmentarza grób przychodzi codziennie starsza kobieta. Włosy ma siwe, twarz suchą, plecy zgarbione. Ubrana jest zawsze na czarno. Przynosi świeże kwiaty, zapala małą lampkę i długo w zamyśleniu stoi nad grobem. Modli się. Teraz już nie płacze jak kiedyś. Zjawia się tu nieprzerwanie od ponad trzydziestu lat, gdy nad Przeroślą pochowała syna. Jest tu codziennie. Nie było dnia, by zostawiła syna samego. Jej starcze oczy uśmiechają się teraz życzliwie; uśmiecha się cała pomarszczona twarz.
Nagrobek jest skromny, ale zadbany. To garstka ziemi uformowanej w niewysoki kopczyk obsadzony drobnymi kwiatuszkami żółto-pomarańczowych aksamitek i fioletowych żeniszków. W głowach ustawiony jest metalowy krzyż malowany na czarno, jak inne podobne krzyże na tym i wielu innych cmentarzach, z pomalowaną imitującą srebro farbą postacią ukrzyżowanego Boga. Niżej jest tablica z białym napisem i informacją, kto w owym grobie spoczywa. To jest prosty kawałek blachy wygiętej w swej górnej i dolnej części na kształt wywiniętej karty papieru.
Pogrzeb też miał skromny. Ludzi było niewielu, bo choć koniec czerwca, jego ostatnia sobota, dzień był chłodny i deszczowy. Obecna była matka, kilka osób z najbliższej rodziny, trochę ludzi ze wsi: sąsiedzi, sołtys, koledzy ze szkolnych lat, dziewczyna, duch ojca zmarłego sprzed laty. Około trzydziestu żywych i jedna znajoma dusza.
Juliusz urodził się w Żytkiejmach na wiosnę 1949 roku. Poród był ciężki, jak ciężka była pierwsza dla matki, która wydała go światu, ta ciąża. Trwał kilka godzin przy naftowej lampie i skończył się świtem za oknem. Blade słońce obdarzyło go pierwszym oddechem, ostatnia gasnąca gwiazda oddała mu końcowy puls krwi z pępowiny.
Dzieckiem był drobnym, zawsze chuderlawym, o cerze bladej. Chorował często. Szkarlatyna o mały włos nie zabrała go wcześniej. Uczył się chętnie, choć ocen dobrych nie miał. Za to pięknie malował mazurskie garbate pejzaże. Brał zwęglone kawałki świerkowych polan z paleniska kaflowego pieca, tekturowe kartony po pudłach, których sklep GS-u pozbywał się wyrzucając je na plac za swoim budynkiem, i szedł w plener, by cierpliwie kreślić czarno-białe widoki. Składował te swoje dzieła za kredensem w kuchni w płaskiej skrzyni zbitej z lichej dykty znalezionej na strychu.
Gdy miał lat jedenaście o mało nie utopił się w Przerośli. Zapamiętał z tego zdarzenia ogromny bezmiar błękitu. Bał się od tego dnia jeziora, i zawsze gdy przejeżdżał obok niego odwracał wzrok. Przed oczami miał stary cmentarz wśród sędziwych drzew. Jesienią na tych drzewach wydzierały się przeraźliwie w niebogłosy hordy gawronów.
Cztery lata później umarł mu ojciec. W czasie ścinki przywaliło go świerkowe drzewo. Tą śmierć przeżył spokojnie. Matka wróciła do Błąkałów, do rodzinnego domu, a on zmuszony był wraz z nią opuścić Żytkiejmy. Gdy przejeżdżał przez nie rok później, jadąc na odpust w Świętą Teresę do Wiżajn, po raz pierwszy uświadomił sobie, że tęskni. Że posiada taką zdolność w sobie. Doznał po raz pierwszy świadomego tęsknienia za czymś. To była tęsknota za wszystkim naraz, co kiedykolwiek było jego udziałem, a co przestało nim być. Za rodzinnym domem w poniemieckim budynku, w którym mieszkał teraz zupełnie ktoś obcy, za ojcem, który go kochał i był porządnym człowiekiem, jak zawsze powtarzała matka, za dzieciństwem beztroskim i ciepłym.
Błąkały urzekły go bardziej niż przypuszczał. Do tej pory, wszystko co zasługiwało w dziecięcej zdolności pojmowania i wartościowania na miano najlepszego i najpiękniejszego, ściśle wiązało się z Żytkiejmami i najbliższą okolicą. Tu odkrył cały szereg innych miejsc: Stańczyki, Kiepojcie, Rogajny i dalej aż po samą Gołdap i Szeskie Wzgórza. A wszystko to malował węgielkiem, uwieczniał tak, jak gdyby mogłoby się coś z tym stać, mogłoby się to skończyć, ulecieć, rozpłynąć w porannych mgłach każdej wiosny i jesieni, jak działo się to pozornie z doliną Błędzianki w niemal każdy jesienny poranek.
A potem się zakochał w Irenie z sąsiedztwa. Była trzy lata od niego starsza. Poza tym była zwyczajna: pospolita uroda, jasne włosy, szare oczy, wrażliwa dusza. To była pierwsza miłość, pierwsze wieczorne spacery nad Przerośl, której się bał do tej pory, do Puszczy lub do Stańczyków, pierwsze skrywane przed światem pocałunki, wzajemne dotyki, zbliżenia, ten pierwszy, niemal sakramentalny, raz... Wszystko po kolei, jak przy zwykłej znajomości dwojga spragnionych odwzajemnień młodych ludzi. Kochał ją, a ona kochała jego. Dla niej gotów był poświęcić wszystko, ona stała się wyzwaniem jego dziwnego życia.
I upomniało się o niego wojsko. Przyszło wraz z listonoszem na szarym pomiętym świstku papieru. Rzucili go na drugi koniec Polski, do Prudnika. Odebrał to jako złośliwe zrządzenie losu. Jego koledzy trafili znacznie bliżej.
Koszary w Prudniku były ogromne. Pamiętały czasy pruskie. Raczej ponure i zimne nie budziły w nim niczego prócz tęsknoty za pozostawionym domem, dziewczyną, Mazurami Garbatymi... Pofalowany krajobraz, wzniesienia gór na horyzoncie, szum potoków jeszcze bardziej potęgowały poczucie nostalgii za rodzinnymi stronami.
I z każdym nowym dniem zamiast lepiej było coraz gorzej. W przeciwieństwie do innych współtowarzyszy, którzy łatwo i relatywnie szybko przystosowali się do nowych warunków, on pogrążał się w swoje wspomnienia, obecny myślami był w swoich Błąkałach, i w każdej rzeczy, którą tu napotykał dostrzegał jakieś analogie do czegoś, co zostawił na drugim krańcu Polski. Czy było to wzniesienie porośnięte lasem, wąski strumień w głębokim jarze, kolejowy wiadukt nad leśną drogą, dziwny błękit nieba – wszędzie obecny był duch tamtej ziemi. I tylko takich samych ludzi brakowało mu tutaj.
Najbardziej lubił nocne samotne służby. Odosobnienia, w których czuł najmniejszą samotność. Gdy stał na warcie, a mrok oblewał wszystko wokół odbierając wszelkie kształty i barwy rzeczom i postaciom, czuł, że jest mu lepiej, że nie tęskni tak mocno. Nic nie przypominało mu bowiem domu. Ani zarysy wzgórz na horyzoncie, ani sylwetki drzew, budynków, kamieni i ludzi, ani kolor nieba i bystrość płynących po nim chmur. Noc pozbawiała wszystkiego wyglądu, zmieniała wszystko w bezkształtną ciemność. Cały świat stawał się ciemnogranatowy, nieprzenikniony, niemalże czarny. Tylko gwiazdy niekiedy albo wątłe miejskie latarnie tliły się w oddali zatopione w mroczny bezkres istnienia.
Nigdy nie czuł się zmęczony. Nie chciało mu się spać. Wsłuchiwał się w noc. Wyczuwał dziwną bliskość rodzinnych stron. Być może w nocnej ciemności unicestwianie kształtów pociąga za sobą zanikanie wszelkich fizycznych wielkości. Odległości kurczą się spłaszczane siłą mroku, przestrzenie zbliżają się do siebie, obumiera wszelki dystans. Rzeczywistość sprowadzona zostaje do rozmiarów względnie niedużych, relatywnie nieistotnych. Ginie. Zdąża do zera, do nicości, ale nigdy jej nie osiąga, bo uprzedza ją świt. Nieskończony geometryczny postępujący ciąg zbieżny ku próżni.
Ale to były najprzyjemniejsze chwile Juliusza w Prudniku. Bezsenne noce, samotne i bliskie. Ukojenie codziennych męczarni. Łagodzenie tęsknot potęgowanych trzeźwą świadomością przeogromnej odległości pomiędzy obecnością cielesną i duchową. Ciało pozbawione duszy umiera. Jak roślina odcięta od światła. Powoli żółknie, traci siły, karleje, usycha, aż pozostaje po niej suchy sterczący kikut. Marność na marnościami. Najkruchsze tworzywo Boga - martwe żywe ciało. Za dnia Juliusz umierał, nocami powracał do życia, ale każdy taki cykl zamykał się coraz bliżej ostateczności. „Jestem już blisko. Zupełnie blisko.” – pisał w liście.
Najgorzej było zimą. Którejś nocy przyszedł od wschodu siarczysty mróz. Takiego przenikliwego ziąbu nie pamiętał nawet z Błąkałów. Dął silny wiatr. Potęgował poczucie zimna. Odmroził sobie wtedy uszy od metalowego hełmu. Potem lekarz zabronił mu chodzić na nocne patrole, dopóki nie zagoją się rany. Minęły długie tygodnie, gdy doszedł do siebie. Uszy nie chciały jak na złość goić się szybko. Skóra wciąż nie zasklepiała się, rana piekła i ropiała. Ból fizyczny zrównał się z bólem utęsknienia. Pozbawione bliskości duszy ciało nie chciało powracać do zdrowia. Wieczorami skulony jak pies na swej pryczy odliczał czas uderzeniami martwej ciszy.
Bo kiedy nocą stał na zewnątrz, głównie słyszał ciszę. Ale niekiedy w tej ciszy, z czasem coraz częściej i wyraźniej, dochodziły jego uszu echa tego, co zostało daleko. Poszum wody w łożyskach rzeczułek, szmer mgły opadającej na stoki wzgórz, kołysanie drzew w Puszczy, stukot końskich kopyt na drodze do miasteczka. Odgłos dzwonów z kościelnej wieży. Ciepły głos matki. Delikatne kroki Ireny po żwirze polnej ścieżki.
Napisał długi list do Ireny. Przelał w nim na papier całą swoją tęsknotę. Za nią, za domem, za Błąkałami, za spacerami po Puszczy, rysowaniem, wolnością. „Nie sądziłem, że przez tak krótki czas człowiek zdolny jest stracić szacunek dla innych ludzi. I na odwrót: że inny człowiek może być zdolny upodlić tak drugiego. Tego nie było w domu. Tego nie było u nas. Odbiera mi to wszelkie siły, odbiera chęć trwania. Którejś nocy, gdy leżałem w swej nieustającej bezsenności, dręczyło mnie jedno pragnienie. Posępne. Myśli ustały. Nie przesuwały się, nie snuły w te i we w te. Ich jednostajność i nieruchomość poprowadziły mnie w mrok nocy. Pamiętam, jak bosymi stopami zbierałem rosę z źdźbeł traw. Nade mną mgliste chmury pełzły leniwie ocierając swymi brzuszyskami o wierzchołki szarych gór. Świtanie ocknęło mnie nad sadzawką. Stałem po kolana w wodzie.”
Następny list był krótszy, ale więcej w nim było nostalgicznej ekspresji. A potem nadszedł trzeci. I to było już wołanie o ratunek, gdy pisał: „Tonę w swej tęsknocie, tonę w niej powoli i bezpowrotnie; zanurzam się w nią niezdolny do odwrotu. Czy mogę uciec? Nie mogę. Chyba że w szaleństwo... Ale czy warto próbować?”.
Nie zdążyła na czas. Gdy przyjechała wieczorem, dowiedziała się, że znaleźli go martwego w stawie. Uznali to za nieszczęśliwy wypadek. Ale ona wiedziała, że zabiła go tęsknota. Zrozumiała, że musiał kochać. Szkoda tylko, że nie pomyślał o niej, gdy umierał. Irena wyjechała w świat. Chciała zapomnieć, ale świadomość, którą jej pozostawił, skazała ją na wieczną tęsknotę za czymś, czego nigdy już nie doświadczy: nikt nie pokocha jej bardziej niż Juliusz.
Na siódmy w piątym rzędzie po prawej stronie cmentarza przychodzi codziennie starsza kobieta. Już tylko ona pamięta i tęskni.
Śmierć z tęsknoty jest ratunkiem od szaleństwa.

Data:

kwiecień 2002

Podpis:

Michał (Adnotacje)

Ocena:

5 4,5 4 3,5 3 2,5 2 1,5 1

Twój komentarz:

1.Zaznacz ocenę i (lub) wpisz komentarz.
2.Wciśnij klawisz "Oceń." 

Zobacz oceny
Zobacz komentarze

Pro Memoria

Dziś pożegnałam kolegę.Miał 46 lat. Osierocił nienarodzone dziecko.

Sponsorowane: 50

IN VINO VERITAS

Taka sobie historia. W pewnym sensie prawdziwa...

Sponsorowane: 31

Autor płaci: 20

Królowa Przeznaczenia

O Królowej "tego, co stać się musi"...

Sponsorowane: 30

Autor płaci: 20

KATEGORIE:

więcej >>

Akcja
Dla dzieci
Fantastyka
Filozofia
Historia
Horror
Komedia
Kryminał
Opowiadania.pl
Polityka
Przygoda
Religia
Romans
Thriller
Wojna
Zbrodnia

O firmie Polityka prywatności Ogólne zasady Umowa użytkownika serwisu Prawa autorskie
Reklama w serwisie Statystyki Bannery Linki
Zarejestruj się  Powiedz o nas innym  Kontakt z nami  Dodaj do ulubionych  Startuj z opowiadań  Pomoc 
 

www.opowiadania.pl Copyright (c) 2003-2010 by NEXAR All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Prawa autorskie do publikowanych treści należą do ich autorów.
Nazwy i znaki firmowe innych firm oraz produktów należą do ich właścicieli i zostały użyte wyłącznie w celu informacyjnym.