|
II. Śmierć z rozpaczy
Martyna Jarząbska 1893 - 1911
Na cmentarzu mawiali o niej „Panna z Wiżajn” albo „Polka z Wiżajn”. Ale wtedy, gdy umarła nie było Polski ani tu, ani w Wiżajnach, ani w żadnym innym miejscu na Ziemi. Pochowano ją nad Przeroślą, choć tu nie umarła. Jej prochy spoczęły na tym cmentarzu, choć pamięć o niej żywa jest jeszcze tylko przy polnym krzyżu oplecionym dziką różą pod jej rodzinnymi Wiżajnami. Nad lichą kupką ziemi porośniętej gorzkim piołunem, kłującym ostrożeniem i pokrzywami nikt już nie płacze, nikt już nie wspomina. Drewniany sosnowy krzyż ze skrzynką kapliczki, z której na wiżajskie pola spogląda Matka Boska, postawili ludzie, gdy zabrakło ciała. Tu, gdzie stała sucha grusza i w uśpieniu trwał duży kamień, które były jedynymi świadkami umierania Martyny. Zatrzymuję się pod krzyżem, ilekroć mam okazję być w Wiżajnach. Odruchowo pochylam głowę przed wizerunkiem Matki Boga i w skupieniu klepię krótką modlitwę za zmarłą. Nie wiem, czy robię to dla jakiegoś celu, czy tylko ze zwykłego moralnego nakazu przyzwoitości. Wiem jedno: że latem pięknie pachną przy tym krzyżu kwiaty dzikiej róży, a na mogiłce usypanej z wyoranych kamieni, które zdążyła porosnąć już psia trawka, mienią się czerwone maki. A za nimi falują na wzgórzach złote łany zbóż. Poznała go rok wcześniej. Był strażnikiem leśnym w cesarskich dobrach obejmujących niemalże całą Puszczę. Korzenie miał polskie, choć uważał się już za Niemca. Był niedojrzałym młodym człowiekiem. Życia nie traktował zbyt poważnie. Nie dorósł do niczego, co pozwala chłopcu stać się mężczyzną. Po raz pierwszy ujrzała go na drodze za Bolciami. Tam ludzie z Wiżajn mieli najbliżej do Puszczy na jagody, na grzyby, po chrust. Bo choć było to już za granicą, istniała ona tylko i wyłącznie na mapach oraz w umysłach pruskich i carskich urzędników, a nie miejscowych ludzi. Las był własnością cesarza, ale ludzie jakoś dogadywali się ze strażnikami, a ci przymykali na to oczy. Odrobina tytoniu lub gorzałki załatwiały sprawę. Zakochała się w Wilhelmie od pierwszego wejrzenia. Gdy przyłapał ją w lesie i zażądał frycowego za wykupienie od kary za złamanie zakazu wstępu, zobaczyła przed sobą przystojnego chłopca w leśnym mundurze. Chłopca, nie mężczyznę. Nie przestraszyła się. Dała mu trochę tytoniu i zostawił ją w spokoju. Do domu wróciła już inna. W sercu czuła dziwny niepokój, jakieś dziwne pragnienie. Nie mogła zasnąć tej nocy, ani kolejnej, ani kilka następnych jeszcze. W pamięci miała jego postać, w uszach ciepły szorstki głos, przed oczami dziwne zniewalające ją do głębi spojrzenie spod daszka kaszkietu. Zapragnęła zobaczyć go choćby jeszcze jeden raz. Zapragnęła go, jak pragnie się kochać i być kochanym, jak potrzebuje się bliskości tej jednej jedynej osoby. Spotkała go. Potem chodziła do Puszczy codziennie. Tylko dla niego, nie dla jagód, grzybów i chrustu. W deszcz, śnieżyce, wietrzne lutowe zamiecie. Brnęła ku spotkaniu z nim przez zaspy, błoto i cuchnące kałuże. Umawiali się zawsze pod starym świerkiem na polanie. On czekał tam na nią, albo ona na niego. Czasem szli do jego stróżówki. Chciało się jej wtedy żyć. „Jest tak cudownie, tak bosko!” – krzyczała do niego, a echo niosło to przez Puszczę. „Zupełnie zawróciłeś mi w głowie!” – przyznawała otwarcie, ale cicho, by nikt nie słyszał. I całość swojej egzystencji skupiała tylko i wyłącznie na osobie Wilhelma. W snach i na jawie. A Wilhelm obiecywał jej wszystko na świecie. Roztaczał piękne wizje, tulił do siebie, całował, opowiadał o wielkim świecie, w którym nigdy nie był. Martyna jak małe dziecko wierzyła we wszystko zaślepiona swoją miłością. Kochała bowiem strzelca z boru bardziej niż siebie. Niewielu ludzi kocha w rzeczywistości bardziej kogoś niż siebie. Z każdym dniem takich osób jest mniej. Być może dzisiaj nie ma już takich ludzi. A jeśli są, to zapewne pochodzą stąd... Dał jej po raz pierwszy poczuć się kobietą. Zabrał ją wtedy do stodoły przy stróżówce. Nie wiedziała wtedy, czy bardziej pragnął tego on, by zaspokoić nią swój samczy instynktowny popęd, czy bardziej chciała tego ona, by oddać mu się, dowieść swej miłości, swego uczucia, w którym gotowa byłaby zrobić dla niego wszystko, każdą rzecz. Przecież zdolna była poświęcić mu się całkowicie, bez opamiętania, bez żadnego umiaru, poczucia jakichkolwiek granic zdrowego rozsądku. Rozum śpi, gdy człowiekiem władają emocje. Zima nie była ciężka. W stodole było jeszcze mimo zaawansowanej wiosny sporo siana z zeszłorocznych pokosów. Cesarskie jelenie, daniele i sarny nie potrzebowały tyle karmy, by w dobrej kondycji przetrwać zimę w Puszczy. Sucha trawa była miękka i świeża. Wewnątrz pachniało intensywnie miętą, dziurawcem i piołunem. Jego szarą zieleń pstrzyły bielą zasuszone kwiaty koniczyny i krwawnika. W pomieszczeniu panował przyjemny półmrok. Przytulne ciepło. Ostoja spokoju i wyciszenia. Słońce z trudem przezierało przez korony drzew i wpadało przez szczeliny desek ścian do środka. W jego strużkach światła tańczyły zabawnie drobinki kurzu. Namiastka jasności wyzwalała w nich umiejętność do wzbudzania zachwytu nad ich ulotnością, ulotnością ich szczęścia, bezużytecznym dążeniem do samounicestwiania się w kolejnych smugach cienia. Przestawały wówczas tańczyć, przestawały wówczas istnieć. Stawały się nicością. Przychodziły nagle i równie nagle ustawały. Trwały ledwie chwilę. Jak ludzka fascynacja inną ludzką istotą. Czar pryska pod naporem zwykłej rzeczywistości. Nie dobrał się do niej od razu. Nie rzucił się na nią jak jurny cap. Nie powalił jej siłą na stertę pachnącego siana. Delikatnie i powoli wziął ją najpierw za rękę. W swej dłoni zamknął jej małą dłoń. Obie drżały. Jego chyba z niecierpliwości i wstrzymywanej podniety. Jej ze strachu, obawy przed tym, co się wydarzy. Przez swoją skórę czuła pulsujące ciepło pod jego skórą. Pulsowało szybko i niespokojnie. Wyczuwała obustronne napięcie. Nerwowa pauza. Pozorne wyciszenie. Oczekiwanie na odwagę przełamania niezrozumiałych skrupułów. Z jednej strony, jego, owo dążenie do stania się, zakończenia tego, czego potrzeba dokonania pączkowała w nich obojgu. Z drugiej strony, jej, chęć odsunięcia tego momentu w czasie jak najdalej, ale nie tak zupełnie, by do tego nie mogło dojść wcale. Poczuła ulgę, gdy uwolnił jej dłoń. Ciepło nie puściło., ale nie pulsowało na jej skórze. Jakby utkwiło w niej bez ruchu, zagnieździło się w zakamarkach ciała, znalazło tam swoje miejsce, zadomowiło się wygodnie i leniwie. I zaraz potem przeszedł ją dziwny dreszcz. Nigdy nie czuła tak przyjemnego uczucia ciepła i następującego zaraz po nim przenikliwego zimna. Zimna pozornego. Zimna, które chwilę później zidentyfikowała jako znowuż szorstki dotyk jego dłoni. Stwardniała skóra na jego dłoniach. Najprzyjemniejsza powierzchnia do wyczuwania jej faktury. Dotknął jej gdzieś pomiędzy łokciem a ramieniem.. I wolno, niezwykle wolno, subtelnie i czule przesuwał swoją dłoń ku górze, ze nawet nie spostrzegła, nie poczuła, jak odchylił ramiączko jej śnieżnobiałej sukienki, i jak ono zsunęło się po jej przedramieniu i opadło bezwiednie na rękę. Zbliżył się do niej. Przybliżył swoją twarz do jej gładkiego ramienia. Pocałował ją, a ona odruchowo swą głowę przytuliła do jego głowy. Wtuliła twarz w jego ciemne gęste włosy, miękkie jak siano. Pachniały żywicznym lasem i wiatrem od wzgórz, poranną mgłą i wieczorną wilgocią rosy. Pachniał wiosną i ciepłem, słońcem i błękitem majowego nieba. Zaczęła muskać ustami jego uszy, policzki, nos i usta, łapczywie i zachłannie, niecierpliwa i łakoma. I gdy zsunął jej sukienkę, nie kryła już początkowego zażenowania, lęku przed nim i aktem, którego oboje chcieli dokonać. Nie skryła za splecionymi rękami odsłoniętych białych dziewiczych piersi. Poczuła w sobie gotowość. Słońce na niebie osiągnęło swą codzienną południową kulminację. „Żałujesz tego?” – zapytał ją po wszystkim. „Nie, nie żałuję. – odparła pewnie. – „Gdybym żałowała, musiałabym mieć poczucie winy, że zrobiłam coś złego. A to przecież nie było złe, to nie był grzech, prawda?” – szukała w nim potwierdzenia własnych stwierdzeń. Nie dał jej odczuć swoich myśli. „Grzech ma miejsce wtedy, gdy wyrządza krzywdę Bogu lub innemu człowiekowi. Czy myśmy skrzywdzili tym kogokolwiek?” – zastanowiła się chwilę. – „Jeżeli już, to każdy z nas siebie.” „Albo siebie nawzajem.” – odparł. Założył koszulę, zapiął pas i wyszedł zapalić przed stodołę. Minął rok. Najlepszy rok jej krótkiego życia. I gdy minęła Wielkanoc, przyszło rozczarowanie, a wraz z nim płacz, modlitwy i żal. Zobaczyła swojego Wilhelma na moście. Nie był sam. W objęciach trzymał inną, nieznaną jej. Ujrzała marność jego uczuć. A przecież kupił jej pierścionek w Goldap, taki delikatny z niebieskim oczkiem, którego zazdrościły jej wszystkie dziewczyny w Wiżajnach. Miał się oświadczać. Ofiarował jej srebrny dzwoneczek z odpustu, jeździli do Suwałk po chustę i buty, grał jej na skrzypcach pod starym dębem rzewne melodie. Było tak cudownie, tak bosko... I została sama. Przestał przychodzić pod umówione drzewo w Puszczy. Przez innego strażnika uprosiła go o ostatnie spotkanie. Miał przyjść pod dąb po zmierzchu przed Bożym Ciałem. Zjawił się przed świtem. Był zdumiony jej wciąż czekającą obecnością. Spytała: „Dlaczego?”. Powiedział jej wprost, że ma jej dość, że nigdy jej nie kochał, że to już koniec. „Obiecywałeś tak wiele dobrych, pięknych rzeczy. Zostawiasz rozpacz.” – wypomniała mu. „Wybacz.” – odparł i zniknął w mroku swojej Puszczy. Zapachniało żywicą i wiatrem od wzgórz. Martyna wróciła do Wiżajn. Słońce jeszcze nie oderwało się od horyzontu. Miasteczko jeszcze spało. Jeszcze nie zapaliła się zorza jutrzenki, choć już bladła, już chłodniała ciemna, ciepła letnia noc. Mgła nie podnosiła się znad jezior, nie wiał wietrzyk. Wszystko było jednobarwne i milczące, jakby trwało strwożone w oczekiwaniu na coś. W rozrzedzonym powietrzu pachniało tylko ostrą wilgocią rosy. Z obejścia zabrała postronek. Pobiegła na pola. Po drodze wrzuciła swój z niebieskim oczkiem pierścionek w Wiżajskie Jezioro. Biegła szybko, nie oglądała się za siebie, trochę bezmyślnie, a trochę świadomie, jak ranna sarna, bez celu, ale z konkretnym zamiarem. Biegła rucianymi miedzami, przez łąki pełne drobnych kwiatuszków ostróżek, po młodej zielonej trawie, bosa po porannej rosie. Dobiegła na rozstaj dróżek, tam gdzie trakt do Wisztyńca rozstawał się z drogą na Burniszki, i dalej na Stankuny. Tam gdzie przy starej gruszy, w połowie uschniętej, a w połowie zielonej przy dużym polnym kamieniu latem zakwitała dzika róża. Gdy odezwały się dzwony w parafialnym kościele, oddała swoją duszę Bogu. Ufała, że tak trzeba. Bóg jej wybaczył i przyjął do nieba. Chwycił niby ulotne szczęście w swe ciepłe dłonie. Nie wybaczył jej proboszcz i ludzie. Nie pochowali jej na cmentarzu, ale wycięli sędziwą gruszę, na której konarze zawiązała postronek, rozłupali kamień, którego ostatniego na ziemi dotknęły jej stopy. Pod krzakiem dzikiej róży zakopali jej ciało, usypali wzgórek z polnych kamieni. Nie postawili jej krzyża. Przecież, mniemali, odeszła w grzechu... Przyśniła się jeszcze tej samej nocy Wilhelmowi. Wybaczyła mu. Następnego wieczora wykradł jej ciało i złożył nad Przeroślą. Tam miał ją blisko siebie, blisko swojego domu w Altenzoll. A ona czuwała nad jego życiem z niebios. Dwakroć wybawiła go od śmierci w czasie obu wojen. Żył długo i szczęśliwie, nigdy samotnie. Zupełnie odwrotnie niż ona. W zapomnianym grobie, pod wschodnim murem cmentarza, pod posłaniem z wrotyczy, ostów i pokrzyw spoczywa Martyna Jarząbska, która umarła z rozpaczy. Z rozpaczy nigdy nie umiera się przypadkiem.
|