|
I. Śmierć z bezsilności
Guido Raschke 1914 - 1925
Nagrobek z porośniętego zieloną tkanką porostów piaskowca rzuca się w oczy, mimo że od dziesięcioleci tkwi w zupełnym zapomnieniu. Na zniszczonej i zoranej deszczem, słońcem i przymrozkami płycie majaczą resztki gotyckich liter kutych ostrym kamieniarskim rylcem w skalnej materii, a obok nich, jakby nowa, w ogóle nie zniszczona przez czas, trwa przytwierdzona za szklanym powleczeniem czarno-biała fotografia jedenastoletniego chłopca. Gdy matka zamawiała ją u fotografa w Rynku, ten powiedział synowi: „Będziesz miał pamiątkę na całe życie”. Mieszkał razem z matką w rogowej kamienicy przy Rynku w Goldap. Nie zniszczyli jej doszczętnie Rosjanie podczas szturmu na miasto w 1914 roku, jak większość innych. Odkąd ojciec zginął w bitwie pod Tannenbergiem, wychowywała go tylko matka. Ojca nie pamiętał. Jego twarz znał jedynie ze ślubnego portretu i pożółkłego zdjęcia w mundurze pruskiej armii. To było wszystko, co pozostało po lejtnancie Raschke. Wszystko, bo nawet nie miał własnego grobu. Światu pozostawił tylko swoje dwie fotografie oraz syna. Chłopiec urodził się jeszcze przed wojną. Zdążył przyjść na świat na kilka dni przed zamachem na arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie. Potem ojca wzięli na front, a matka w ewangelickim kościele ochrzciła go po dziadku Guido. Momentu, gdy Hannelore dowiedziała się o śmierci męża, nie pamiętał. Być może przeszedł bez echa. W jego życiu obecna była zawsze tylko ona: kobieta silna, stanowcza i bezwzględna. Bał się jej zawsze i słuchał. Pozostawał pod jej przemożnym wpływem, starał się nie wchodzić jej w drogę, nie sprzeciwiać się, nie prosić o wiele; czuł respekt bliski całkowitemu podporządkowaniu. Nie znał ludzi. Nie stykał się z nimi bezpośrednio, zawsze poprzez matkę. Uczepiony jej ręki spacerował po ulicach, wchodził do sklepów, chadzał do kościoła co niedziela, a potem, gdy dopisywała pogoda, na wycieczki pod Piękną Górę. Ludzie byli przez niego widziani przez pryzmat ocen matki. To ona rozmawiała z nimi, kłóciła się i 0 śmiała. On zawsze milczał. Bo gdy nawet zadawali mu pytania, ona uprzedzała go, nie czekając, aż w małej główce ułoży się jakaś gotowa do przełożenia na słowa myśl. Rozpieszczała go, ale nie tak, jak tego chciał. Czuł jej chłód i obojętność, gdy przytulała go. I nigdy nie pozwalała mu płakać. „Jesteś mężczyzną! Nie wolno uronić Ci ani jednej łzy w życiu!” – mówiła. Ilekroć rozpłakał się, biła go dotąd, aż zmęczony przestawał kwilić. Kupowała mu dużo różnych rzeczy, ale to ona dokonywała wyboru, nim sam wyraził, na co rzeczywiście ma ochotę. Bawiła się z nim, ale tylko czasami, i nie dawała mu możliwości obcowania z rówieśnikami. „Mogą mieć na ciebie zły wpływ, mój synu.” – ucinała rozmowę, gdy widział inne bawiące się razem dzieci. I gdy nadszedł wiek szkolny, zatrudniła domową guwernantkę, by tylko nie musieć posyłać syna do szkoły. Z wysokiej wojskowej renty po mężu-bohaterze stać było ją na taki wydatek. Matka cały czas siedziała w domu. Nie zajmowała się niczym i rzadko kiedy go opuszczała. Czasem wyszywała serwety, które później sprzedawała po znajomych. Haftowała na nich grubym kordonkiem kolorowe kwiaty, pierzaste liście, ptaki i motyle, małe wiejskie domki, święte postacie. Nie sprzątała, nie prała, nie gotowała – robiła to za nią stara Gertruda. Nie czytała książek, gazet, nie chadzała w odwiedziny – tego nie robił za nią nikt. Zimą większość czasu przesiadywała w fotelu przy ciepłym kominku bezmyślnie patrząc od rana do wieczora w migoczące płomienie. Niekiedy wspominała męża, krótko i ulotnie. Pojawiał się w jej sumieniu jak iskra, która wypadła z paleniska i zaraz, podobnie jak ona, wypalał się bezpowrotnie w jej myślach. Latem większość czasu spędzała w oknie wsparta na atłasowej niebieskiej poduszce, chłodząc się chustką. Patrzyła wtedy na Rynek, kościół i rzędy kamienic, na ludzi pod sobą, niebo nad głową i Bóg wie na co jeszcze. I jedynie ziewaniem przerywała sobie to swoje patrzenie. Lubiła swoją bezczynność. W tym stanie czuła się najlepiej. Tylko jakiś kaprys kazał jej od czasu do czasu coś robić. Kiedyś zapragnęła upiec ciasto z jagodami, ale jej nie wyszło. Zakalec zjadły gołębie z Rynku. Innym razem wzięła się za robienie swetra na drutach. To miał być urodzinowy prezent dla syna. Ale dziewięć rzędów oczek naciągniętych na metalowe pręty po kilkunastu minutach znalazło swoje ostateczne miejsce na dnie szafy. Mole zżarły misterną konstrukcję i motek włóczki nawinięty na tekturowy prostokąt. To było wszystko, na co było ją stać. „Jak wszystko człowieka potrafi znudzić!” – wzdychała zawsze po takich próbach i stwierdzała. – „Można umrzeć z nudów, kiedy się robi na drutach”. Nieraz brała Guido i szli razem do parku na spacer albo na targ po świeże owoce i warzywa. Ciągnęła go zawsze za rękę, gdy nie chciał iść. Nie pozwalała mu na dąsy i grymasy. Zdarzało się, że dostawał porządne lanie w tyłek. Ona czuła się z tym dobrze, chłopiec coraz mocniej cierpiał. Jego życie coraz bardziej przypominać zaczęło monotonny ciąg takich samych dni o rutynowym przebiegu, nudnych i beznadziejnych. Najwidoczniej nie wrodził się z tym do matki. Czasem, gdy matka przysnęła w bujanym fotelu zmęczona swą bezczynnością, zakradał się pod okno z małym taboretem. Cicho i ostrożnie, by tylko jej nie zbudzić. Stawał na stołeczku otulony białą otoczką firanki i podparłszy się łokciami o drewniany blat parapetu, wodził ciekawym wzrokiem chcąc ogarnąć całokształt zdarzeń, których areną był Rynek. Widział dzieci bawiące się w berka albo grające w klasy na planszy wyrysowanej na twardym podłożu kawałkiem stłuczonej gipsowej figurki. Widział niesfornych chłopców w swoim wieku ciągnących swoje koleżanki za warkoczyki związane czerwonymi wstążkami, albo nieco starszych, którzy dla zabawy kradli starej Żydówce jabłka wyłożone w wiklinowym koszu przed straganem obok sklepu z mięsem i rybami, lub innych, którzy bezpańskiemu kotu uwiązywali dmuchany świński pęcherz z drobnym grochem u ogona, a potem poganiających w te i we w te przerażone zwierzę. On też tak by chciał. On też chciałby być tego udziałem, a nie tylko cichym utajonym za powierzchnią szyby świadkiem. Wtedy odwracał wzrok ku matce z nadzieją, że ta powie: „Tak, idź synku, pozwalam Ci. Idź i baw się z innymi dziećmi. Przecież nic Ci się stać nie może.” Ale gdy tylko spojrzenie zatrzymywało się na jej śpiącej twarzy, czar pryskał, pozostawał marnym minionym złudzeniem. W to miejsce wkraczała obawa, czy nie obudzi się, czy nie zacznie krzyczeć, dlaczego stoi w oknie na stołku, że to niebezpieczne, że może stać się mu krzywda. Nieraz tak bywało. Nie raz dostał za to porządnie w skórę. Ale upewniwszy się, że matka nadal śpi, powracał na Rynek, by dalej pozostawać biernym uczestnikiem wszystkich umiejscowionych za oknem wydarzeń. Na płycie Rynku zawsze dużo się działo. Były dzieci, takie jak on, do których tęsknił. Czuł się z nimi dziwną bliskość, mimo iż wcale ich nie znał, a one zapewne nie miały pojęcia o jego istnieniu. Nadawał więc ludziom swoje własne wymyślane imiona. Z czasem zaczął ich rozpoznawać, wyłapywać nowe nieznane twarze, które natychmiast nazywał, chrzcił imionami swoich zabawek, nazwiskami z zasłyszanych historii opowiadanych w kuchni przez starą Gertrudę, nazwami bohaterów książek, które czytała mu guwernantka. W ten sposób kreował sobie świat, postaci w nim, wartościował ich cechy na podstawie własnych obserwacji. Żydówka z koszem jabłek była zła i niedobra, bo była stara, brzydka i ubrana na czarno, a ponadto kiedyś zbiła kosturem jednego brzdąca, który nieudolnie chciał wykraść jej owoc ze straganu. Dobra była pani Rogge, bo zawsze była uśmiechnięta, gdy ze swoim białym pudlem na smyczy przechadzała się w poprzek Rynku. Poza tym działo wiele innych rzeczy, codziennie innych, codziennie różnych. Jeździły samochody. Nieraz któryś podjeżdżał na stację benzynową, by uzupełnić paliwo w baku. Jeździły konne furmanki, puste lub wyładowane przeróżną zawartością. A to deskami, a to czerwoną cegłą, a to zielonymi głowami kapusty. Przejeżdżał listonosz na rowerze, którego matka serdecznie nie znosiła. A gdzieś wyżej, ponad poziomem płyty Rynku, w rzędzie kamienic prostopadłej pierzei, ktoś czasem mył okna, albo podlewał petunie wystawione na zewnętrzną płaszczyznę parapetu. Nieraz wsparte na miękkich poduszkach plotkowały długie godziny sąsiadki. Częstokroć zza uchylonej szyby dobiegał dźwięk gramofonu lub radia. Tutaj także, na tym poziomie przestrzeni, latały motyle, bielinki i cytrynki, muchy, pszczoły i osy, które od czasu do czasu przysiadały na zewnętrznej stronie oszklenia, jakby przystając na chwilę w swym locie, zaprosić chciały chłopca do wyjścia, do zasmakowania tej swobody, która była ich udziałem. Przed wieczorem natomiast kościelny dzwon wzywał wiernych na ostatnie nabożeństwo. Jeszcze wyżej były dachy, koty i gołębie przysiadające na dachówkach. Niekiedy kominiarze czyścili kominy. Ponad nimi było już tylko niebo, śmigłe jaskółki, oślepiające słońce i bezkres Boskiej Natury. Nigdy nie zdążył zobaczyć wszystkiego. Zwykle matka zdejmowała go z taboretu. Była wtedy zła, bardzo zła. Najczęściej krzyczała, wrzeszczała tak przeraźliwie i tak głośno, że strach przed nią rósł w nim z każdym wykrzyczanym słowem, ogarniał go całego swym bezmiarem. Nieraz do tego stopnia, że zaczynał płakać. A matka tego nie znosiła. Kończyło się wówczas porządnym laniem. I zawsze wtedy, gdy zmęczony i płaczem i fizyczną dolegliwością bólu leżał skulony na swoim łóżku, ogarniało go poczucie tak wielkiej niemocy, że gotów był na wszystko, by ukrócić jej obecność, wyzwolić się od niej. Może gdyby był starszy, odważyłby się, myślał. Może gdyby miał ojca, znalazłby w nim oparcie. Może gdyby umarł, trafiłby do niego... „Nudzi mi się, Mutti!” – czasem, gdy nie wytrzymywał, przerywał matce te jej bezmyślne wpatrywanie się w nie wiadomo co. „To idź się pobaw zabawkami. Masz ich przecież tyle.” – odpowiadała nie zwracając spojrzenia w jego stronę. „Już się nimi bawiłem. Znudziły mi się.” – odpierał. „Połóż się więc i odpocznij! Jestem zmęczona i boli mnie głowa.” – ucinała rozmowę. Odchodził ze spuszczoną głową, wracał do swego pokoiku i męczył się dalej ze swoimi misiami, drewnianymi klockami, ołowianymi żołnierzykami. Najczęściej bawił się w więzienie. On był srogim komendantem, zabawki pokornymi i poniewieranymi aresztantami. Całą swą bezsilną złość próbował zawsze wyładować na nich. Misie nie mogły bawić się z ołowianymi żołnierzykami, bo ci mogli mieć zgubny wpływ na ich pluszową miękką dobroć. Drewniane klocki były rozstrzeliwane rzutem metalowej kulki imitującym wystrzał z artyleryjskiego działa. Ich armia ginęła doszczętnie, bez jakichkolwiek ocalonych, bezsilna i bezwolna wobec zaciętości ataku małego chłopca. Tego dnia naprawdę poczuł w sobie, że ma czegoś dosyć. Nie zajął się zabawkami. Położył się. I zasnął. W swym śnie leciał, ulatywał wyżej i wyżej ku wielkiemu błękitnemu oknu, za którym wszystko było wolno i wszystko można było mieć. Rano znalazła go stara Gertruda. Był zimny. Matka nie przeżyła szczególnie śmierci syna. Przeszła bez echa. Z kaprysu pochowała go na cmentarzu nad Przeroślą, by mógł od czasu do czasu przeglądać się w łzie jeziora. „Tu jest tak cudownie, że mój aniołek tym pięknem nigdy się nie znudzi.” – tłumaczyła ludziom. Serca z kamienia nigdy się nie zmieniają. Rok później, gdy poślubiła przygodnie poznanego w Goldap przedsiębiorcę ze stolicy, przed wyjazdem do Berlina postawiła Guidonowi pomnik na pożegnanie. Zupełnie jakby przeczuwała, że nigdy już tu nie wróci. W jedenastym rzędzie przy głównej alei stoi porośnięty zieloną plechą porostów nagrobek małego Guido Raschke, który umarł z bezsilności. Umieranie z bezsilności jest w samym sobie trudnym umieraniem. Dla umierającego ta śmierć jest pozornie niezauważalna, bo nie przychodzi znienacka, ale z każdym dniem odbiera życie kęs po kęsie. Jest monotonna, jak monotonne było życie, które ją poprzedzało. Na tym polega jej tragedia, że ma się jej ograniczoną świadomość. Śmierć z bezsilności jest odpowiedzią na umieranie świadomości własnego istnienia.
|